Kaczuszką jestem
Od dłuższego czasu narzekam na swój brak kondycji. Co prawda ćwiczę i to całkiem sporo (jakieś 13h tygodniowo treningów) – ale raczej sporty albo techniczne lub typowo siłowe (przerzucanie żelastwa na siłowni). Nic dedykowanego pod kondycję nie mam – oczywiście, elementy się pojawiają ale… to tyle. Podróżując z Towarzyszem Podróży mam więc wrażenie, że nie daję rady i wytrzymałościowo, i kondycyjnie. Czuję się czasem jakbym to ja spowalniała naszą dziwną drużynę.
Co prawda, on jest mężczyzną więc ma 10-20 razy więcej testosteronu ode mnie, który ułatwia mu wędrówkę.
Co prawda, ma prawie 30 cm więcej wzrostu ode mnie, więc wyglądam przy nim jak dreptająca kaczuszka.
Co prawda, plecak ma tylko odrobinę cięższy, więc zapewne dla mnie dźwigane kilogramy są bardziej odczuwalne.
Co prawda, nie ma problemów ze stawami i termoregulacją, co mocno utrudnia mi wędrówki.
Co prawda, to ja ćwiczę znacznie, znacznie więcej od niego.
Ale to wszystko nie ma znaczenia, to ja jestem za słaba, to ja powinnam się bardziej postarać i popracować nad sobą. Prawda?
Będę biegać! Albo jednak nie.
Już pod koniec zeszłego roku miałam magiczny przypływ ambicji. Ja zacznę biegać! Nienawidzę biegać, nie umiem biegać, nie biegam w ogóle (nawet na autobus), próby biegania kończą się u mnie zwykle kontuzją ale ja zacznę biegać! Mam przecież treningi biegowe w Garminie, dopasuję się i będzie ok!
Nie było.
Bardzo nie było.
Próby dopasowania się do narzuconego przez zegarek tempa (nieudane, nie byłam w stanie), dodatkowe codzienne biegowe treningi oraz moje stałe zajęcia, na których zaczęłam wreszcie skakać sprawiły, że biodro poddało się bardzo szybko. Przyszła też zima (a ja z tych ciepłolubnych), motywacja umarła.
Słoneczko dopomóż
Zimę przetrwałam wypominając sobie wcześniejszą porażkę. Jednak gdy pojawiła się wiosna, kwiatki i słoneczko – uznałam, że trzeba coś z tym zrobić. To tylko bieganie, czemu inni mogą a ja nie mogę?
Tym razem podeszłam do tematu trochę rozsądniej.
Uczę się Garmina
Swój zegarek Garmina kupiłam przez namowy przyjaciela jakieś półtora roku temu. Mam z nim trochę love-hate relationship. Z jednej strony naprawdę sprawdza się w plenerze, na naszych wędrówkach – ciężko się zgubić i nie trzeba nosić telefonu w ręku (bo czasem oznakowanie szlaków jest… ciekawe). Z drugiej – mimo tych wszystkich moich treningów, mimo, że naprawdę wkładam w nie dużo zaangażowania i siły – ciągle mówił mi, że jestem bezproduktywna. Że nic nie robię. Że mam dołożyć więcej aktywności, bo te moje można porównać do leżenia na kanapie. Ocena Wytrzymałości początkująca, Obciążenie Treningowe żadne, wstydź się człowieku.
Jakoś założyłam, że tak ma być. Że za swoje własne pieniądze kupiłam sobie personalnego krytyka.
Coś jednak zaczęło mi nie pasować więc pogrzebałam w ustawieniach… Po półtora roku.
Mój zegarek założył, że moje tętno maksymalne, na podstawie którego wylicza obciążenie wysiłkiem wynosi 196. Jak to zobaczyłam to najpierw miałam WTF na twarzy a później puzzle same zaczęły się układać.
Najwyższe moje tętno zarejestrowane przez ten zegarek (a nawet przez pas piersiowy) to 169. Czasem też dobijałam do 166, 165 – ale zawsze to była moja ściana, więcej z siebie nie wycisnę. I nie mam tu na myśli stretchingu a wcześniejsze próby biegania, stairmaster na siłowni czy inne ćwiczenia, gdzie myślałam, że zaraz wypluję płuca. Z jakiegoś powodu moje tętno maksymalne (i minimalne także) jest znacząco niższe niż u podobnego człowieka o podobnym ciele. Zegarek tego nie zauważył i wymyślił sobie to 196. Skąd? Pojęcia nie mam. Nie pasuje ta wartość ani do najprostszego wzoru 220 – wiek, nie pasuje to do moich wcześniejszych pomiarów. Dałam mu jeszcze jedną szansę, lecz o tym za moment.
Bez aplikacji nie ma zabawy
Nie umiem biegać. Nie wiem, jak się biega. Nie wiem z jaką szybkością powinnam biegać. Nie wiem jak w ogóle zacząć biegać. Wcześniejsza próba ‘idź biegać’ zakończyła się “ała”. Także – tym razem chciałam to zrobić inaczej. Trener kosztuje $, poszukałam więc apek. Jedna całkiem mi podpasowała ale… to trial, potem chcieli całkiem spore pieniądze. Popatrzyłam na alternatywy które współpracują z Garminem i… zorientowałam się, że przecież już mam coś takiego. Nazywa się to Garmin Coatch i jest częścią oficjalnej aplikacji.
Odpaliłam, wybrałam plan, podałam niezbędne dane i postanowiłam spróbować. Na pierwszy raz zlecił mi ‘bieg wzorcowy’, czyli 5 minutowy bieg z maksymalną prędkością.
Zrobiłam.
Sprintem przeplatanym marszem.
Bolało w płuca, ale zrobiłam.
Długo bolało.
Po tym sprawdziłam tętno maksymalne znowu – nie nauczył się. Trudno. Aktualizujemy ręcznie.
Ucz się, Garminie
Google, grupy na FB, szukam informacji jak sprawdzić swoje tętno maksymalne. Wszystkie porady sprowadzają się do 30 minutowych testów biegowych (które są aktualnie całkowicie poza moim zasięgiem) albo profesjonalnych badań wydolnościowych.
Trudno, trzeba wybrać wersję najprostszą – wbiłam w aplikację moje najwyższe zarejestrowane tętno (czyli 169) oraz zaktualizowałam strefy tętna. Najwyżej będę to poprawiać.
Zmiany zauważyłam od razu. Nagle moje zwykłe treningi przestały być bezwartościowe, liczba spalonych kalorii wzrosła bardzo a czas potrzebny na regenerację… no cóż, lepiej tam nie patrzeć.
Biegamy!
Mój wybrany plan to ‘5k z trenerem Jeffem’, charakteryzujący się właśnie wplataniem marszu w bieg. Nie do końca spełnia to moje wyidealizowane plany, ale rozsądek wygrał – to może być metoda, która ułatwi mi rozpoczęcie treningów biegowych w ogóle. Umówiłam się z aplikacją, że będę ćwiczyć 3x w tygodniu, staram się też spełniać jej założenia – nawet, jeśli ich nie rozumiem.
Dzisiaj jestem po dwóch pierwszych treningach – pierwszy to wspomniany wyżej bieg wzorcowy, dziś – już normalny. 10 minut marszu, 30 sekund biegu, 30 sekund marszu, 30 sekund biegu, 10 minut odpoczynku. Trochę czuję się jak oszustka, bo przecież – ja chcę zacząć biegać, ale trust the process, tak musi być. Koniec zaplanowany jest na 13 czerwca.
Tekst ten traktuje jako publiczne zobowiązanie. Im bardziej będę mówić wszystkim wprost, że ‘biegam’, tym trudniej będzie mi się z tego wycofać ‘bo już mi się znudziło’. Daję sobie tylko jedną opcję na wycofanie się – kontuzję, jednak wówczas zamiast treningów biegowych postawię na wzmocnienie problematycznych mięśni. Także za kilka miesięcy czekajcie na aktualizację, bo skoro napisałam ten tekst – to będę musiała napisać i kolejny. Albo przyznając się, że znowu zawiodłam samą siebie, albo – triumfując.
I kupię sobie wówczas porządne buty do biegania, a co!
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.