W marcu odwiedziliśmy domek myśliwski na dalekim wschodzie. Na samym początku maja (liczy się, cicho) obeszliśmy Drawieński Park Narodowy. W czerwcu odwiedziliśmy Świętokrzyski Park Narodowy, w lipcu – Gryżyński Park Krajobrazowy, wówczas też popływaliśmy dziurawym kajakiem. W tym też momencie nasza dobra passa się skończyła i mój futrzany domownik, starsza już kotka, postanowiła się rozchorować. Zamiast jeździć w las czas spędzałam u weterynarza zostawiając tam równowartość przynajmniej wymarzonego, puchowego śpiwora zimowego. Jak nie dwóch.
Kicia oczywiście ma swojego zapasowego, zaufanego opiekuna, z którym nie boję się jej zostawiać na czas wyjazdów (czego nie mogę napisać o swoim mieszkaniu, zawsze czekają mnie w nim nowe niespodzianki), jednak nie chciałam skazywać go na zawożenie tej potwory do lekarza.
Gdy kotek się ustabilizował przyszła zima. Taka prawdziwa zima, z mocnymi mrozami i porządnym śniegiem. I o ile dla wielu to jest najlepszy czas na wycieczki w las (brak ludzi, brak krwiopijców) tak dla nas nie. Jeszcze nie – nie mamy odpowiedniego sprzętu (portfel się na razie nie zgadza). Jednak gdy tylko mrozy odpuściły – ruszyliśmy się z domów na nasz pierwszy nocleg w śniegu. Udany! Ale i tak miałam dość tej zimy.
Aż w końcu przyszła wiosna. Pojawiło się długo niewidziane słoneczko. Zrobiło się ciepło. Porównaliśmy więc nasze grafiki, wybraliśmy wolny weekend i zaplanowaliśmy wycieczkę w las! Miałam wsiąść w pociąg (hehe, znowu, po poprzedniej traumie), dojechać do Towarzysza Podróży i razem dotrzeć w okolice Legnicy. Bo przecież tam najcieplej, prawda?
Nie. Na kilka dni przed planowaną wycieczką pogoda postanowiła sobie z nas zażartować i z zachodu przyszło ochłodzenie wraz z deszczami. Już chcieliśmy odwołać ale bardzo potrzebowałam jakiejś wycieczki. Wybraliśmy więc miejsce, gdzie front miał dotrzeć później, Towarzysz Podróży na szybko przygotował trasę i jedziemy! Tym razem ode mnie w stronę Radomia. Ze mną jako kierowcą. Ruszyliśmy więc skoro świt o 16, dojechaliśmy na 18 i, plecaki na grzbiet i czas w las!
Kilka słów o sprzęcie. Z wyprawy na wyprawę staramy się pakować coraz bardziej minimalistycznie – w końcu wiek nie sprzyja noszeniu kilogramów. Gdy zaczynaliśmy naszą przygodę plecaki ważyły 16/20 kg, na tej wyprawie udało nam się zredukować wagę (bez wody ale z jedzeniem) do 10 kg u mnie, 12 u towarzysza podróży. Na podobne warunki. Także – progres jest! Co prawda, Towarzysz Podróży trochę zbyt uwierzył wiośnie i nie wziął żadnej kurtki, ale w końcu nie zamarzł więc będzie mieć co wspominać.
Plan na pierwszy dzień (tak naprawdę wieczór) był prosty – mieliśmy zrobić trochę ponad 6 km, minąć opuszczoną kopalnię i znaleźć miejsce na nocleg. Prawie się udało – widząc ruiny nie mogłam się powstrzymać więc zaczęliśmy zwiedzać. Po ciemku. Nie mając zielonego pojęcia o tym miejscu, bo przecież po co najpierw poczytać. Na miejscu znaleźliśmy stróżówkę, kapliczkę św. Barbary, budynki gospodarcze i nierozpoznane przeze mnie pozostałości. Niestety, nie znaleźliśmy ani szybów wentylacyjnych, ani tym bardziej sztolni – ale po ciemku nie było to proste zadanie.
Google twierdzi, że opuszczona kopalnia glin ceramicznych i ogniotrwałych, znana jako „Zapniów”, powstała w roku 1975 a jej upadek nastąpił w 2010 roku (jak też szacowaliśmy oceniając wyposażenie i skalę zniszczeń). W odróżnieniu od innych znanych mi opuszczonych budynków, ten był w stosunko w dobrym stanie bez ton śmieci. Wnętrze zostało oczywiście opróżnione ze wszystkiego, co cenne, na miejscu pozostały jedynie stare gazety, resztki wyjętych okien czy płyt oraz połamana ceramika.
Po zwiedzaniu nadszedł czas na nocleg. Znaleźliśmy miejsce na namiot, przygotowaliśmy posiłek (ryż błyskawiczny z szarpaną wieprzowiną w sosie BBQ z oferty Moya Pucha), i poszliśmy spać.
To był mój najlepszy sen od… od bardzo dawna. Nie pamiętam jak dawna. Tej nocy na zewnątrz temperatura spadła maksymalnie do 3°C, w namiocie do niecałych 6°C, było więc chłodno ale nie zimno. Śpiwory (mój puchowy noname tcomf 2°C, towarzysza podróży Fjord Nansen Troms XL 1°C) dały radę, po zawinięciu się w kaptur nawet słoneczko nie przeszkadzało rano spać. W efekcie pobiłam swój garminowy rekord.
Dzień drugi to dalsza wędrówka… i poszukiwanie wiosny. Rozpoczął się dość ambitnie – zebraliśmy się rekordowo szybko, nie jak zwykle o 12 skoro świt. Po godzinie marszu dotarliśmy do opuszczonych (chyba, bo część sucha była) stawów hodowlanych, gdzie zima jeszcze walczyła skuwając lodem część tafli. Zrobiliśmy tam krótki odpoczynek wygrzewając się na słońcu i ruszyliśmy dalej. Trasa wiodła przez lasy – liściaste, iglaste, z pojedynczymi jodłami. Trafiliśmy na świeże wycinki, na gniazdo sikorki z lokatorami jakiegoś ptaka drapieżnego krążącego nad leśną szkółką. Trasa nie obfitowała w widoki, to nie Norwegia ani góry, ale i tak było ładnie. Mimo, że przyroda jeszcze spała – udało mi się znaleźć jedynie kilka wczesnych kwiatków. Po pokonaniu niemal 20 kilometrów zrobiło się już mocno chłodno, musieliśmy więc szukać miejsca na namiot. Jak na złość – wszędzie górki, ale coś udało się znaleźć. Pozostało więc rozłożyć namiot, zjeść posiłek…
I tutaj drobne wtrącenie. Do lasu bierzemy kilka rodzajów obiadów – puszki jak wspomniana Moya Pucha, gotowe posiłki w folii typu Express Menu oraz oczywiście liofilizaty. Do dwóch pierwszych opcji dorzucamy jeszcze albo puree ziemniaczane (płatki ziemniaczane, sól + woda), albo makaron błyskawiczny, albo ryż błyskawiczny (wystarczy zalać je wodą). Wychodzą taniej niż liofilizaty (jedna puszka z zapychaczem na dwóch człowieków) ale ważą więcej – bierzemy więc je na krótsze wycieczki i zjadamy w pierwszej kolejności. Są też w mojej ocenie smaczniejsze. Liofilizaty do tej pory jadłam, no smakowały, ale raczej dlatego, że w lesie nie było lepszej alternatywy. Aż do tej wycieczki.
Gdzieś w sieci widziałam polecenie norweskiej marki Real Turmat. Delikatnie ujmując – nie jest tania, jednak Towarzysz Podróży zdecydował się spróbować (moja wewnętrzna cebula by się nie zgodziła). Wybrałam gulasz z renifera z borówką brusznicą z ziemniakami. Lubię mięso z renifera, kocham borówkę brusznicę, czemu więc nie spróbować?
To było rewelacyjne.
Ja nie wiem, czy to wpływ lasu, czy zimna (bo jedząc to byłam mocno zmarznięta) ale to był najlepszy posiłek w lesie jaki kiedykolwiek jadłam. Mogłabym żywić się na wyprawach tylko tym liofilizatem… i w sumie nie tylko na wyprawach. Konsystencja idealna, czuć było wyraźnie mięso i wszelkie dodatki. To naprawdę nie jest reklama, marka nawet nie wie o moim istnieniu (ale jeśli zechce podzielić się z redakcją to uszczęśliwi taką jedną).
Jednak to był koniec dobrych wiadomości na ten dzień. Rozłożyliśmy się na górce, więc wiatr niemalże wyrównał temperaturę w namiocie (5°C) oraz na zewnątrz (4,5°C). Wewnątrz było więc chłodniej tylko o jeden stopień niż dnia poprzedniego, ale to wystarczyło, byśmy oboje budzili się nad ranem z zimna. Wielokrotnie. Leżąc na plecach było niewygodnie, leżąc na boku czułam, jak przez powierzchnię śpiwora przebija mi zimne powietrze. Budziłam się więc co chwilę zmieniając pozycję, bo zimno, źle i niewygodnie. Towarzysz Podróży też zmarzł… i co gorsza, przebił mu się materac, także co chwilę musiał go dopompowywać. Co w połączeniu z jego (przeklętym) zaworem skutecznie zepsuło mu sen.
Ranek był więc dla nas obojga trudny. Jednak – byliśmy trochę ponad 5 km od auta, czyli szybki spacer i powrót do cywilizacji.
Wiosny finalnie nie znaleźliśmy. Przyroda, poza pojedynczymi kwiatkami, jeszcze głęboko spała. Słoneczko co prawda próbowało walczyć, jednak wystarczyło kilka chmur by zrobiło się naprawdę zimno. Drugiej nocy konkretnie przemarźliśmy i to oboje. Jednak… nie wiem jak Towarzysz Podróży, ale ja tego potrzebowałam. Pewnie już o tym pisałam, ale spacer z plecakiem, taki regularny wysiłek bardzo dobrze służy mi na mózg. W czasie marszu człowiek myśli tylko o tym, co jest tu i teraz. Krok. Jeden. Drugi. Kolejny. Nie potknąć się. Zjeść. Pić. Problemy z ‘normalnego’ świata znikają, wraz z zasięgiem a po tej zimie było mi to bardzo potrzebne. Wiosnę zaś miałam w domu – w ogródku zakwitły mi krokusy
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.