Drodzy Czytelnicy i drogie Czytelniczki! Ten materiał jest pisany trochę inaczej. Zwykle kolejność jest taka, że najpierw testujemy i robimy zdjęcia, potem siadamy do pisania. Dziś postanowiłem nieco ją zaburzyć. Robię wszystko na raz, to znaczy zabrałem pisanie w teren i tworzyć będę – po części – na bieżąco. Jest ze mną Paweł, który częściowo odpowiada za zdjęcia, a częściowo za to, żebym się nie zanudził, jeżeli gotowanie wody będzie się przedłużało.
Dobra, jestem wariat, ale nie głupi. Wstęp nastukałem sobie w domu, bo przecież by mi palce poodmarzały. W zimowych rękawicach trudno obsługiwać klawiaturę i aparat fotograficzny. Zamierzam przetestować w widocznych na zdjęciach warunkach zimowych trzy różne kuchenki gazowe i na bieżąco opisać wyniki tych testów. Zapraszam.
Rozwiązanie
Chyba nikt nie ma wątpliwości, że rozpalanie ognia zimą nie należy do najprostszych zadań. Chłód, wilgoć, przymarznięty opał, etc. Owszem, warto to umieć i pisaliśmy już o tym, ale jeśli wybieramy się na górską wycieczkę z rodziną, być może nie warto tracić czasu? Jesienią i zimą, kiedy dni są krótkie, o wiele praktyczniejsza (dla samego gotowania oczywiście), może okazać się kuchenka gazowa.
Uważam, że zaparzenie sobie herbaty czy kawy na szczycie właśnie zdobytej góry jest o wiele przyjemniejsze niż nalanie jej do kubka wprost z termosu. No i – dopóki jesteśmy w czystym miejscu – teoretycznie nie musimy nosić ze sobą wody, bo można uzyskać ją ze śniegu.
Co i jak
Co będę testował – to podstawowe pytanie. Pod ręką mam trzy kuchenki. Wymieniając od najmniejszej, są to: Robens Fire Midge, Robens Fire Bug oraz Optimus Mimer Stove. Do tego mam kartusz gazowy wybrany bez wybierania, tzn. kupiony w dziale ogrodowym marketu budowlanego. Mam nadzieję, że w zimowych warunkach wystarczy mi w nim gazu. Każdej kuchenki zamierzam użyć dwa razy. Najpierw zagotuję litr wody w czajniczku, potem w otwartym naczyniu, oczywiście mierząc czas. Sprawdzę też, która jak się sprawia w zakresie ustawności, czyli czy łatwo czy trudno ustawić je stabilnie na nierównym podłożu.
Określenie poziomu hałasu niestety będzie wyłącznie na czuja, bo miernika poziomu decybeli nie mam. Woda której zamierzam użyć, w litrowych butelkach, spędziła zimową nockę na balkonie. Temperatura wokół mnie wynosi około minus dwa stopnie Celsjusza. Zarośla wokół chronią nas od wiatru, chociaż właściwie dzisiaj go nie ma. Gotowi? Zaczynamy.
Ale idiota z tego pismaka! (dla czepialskich)
Tak, wiem że ten kartusz to nie jest gaz zimowy. Użycie specjalistycznego zapewne skróciłoby czas gotowania. Właśnie dlatego go nie używam. Prędzej czy później różne gazy też wypróbuję i to opiszę, a na razie wziąłem coś bardzo łatwo dostępnego, nie wymagającego żadnej wiedzy. Po prostu kartusz i tyle. W końcu nie zawsze będziemy mieli idealne warunki a wielu osobom nie chce się bawić w specjalistyczny sprzęt albo nie mają ochoty wydawać na niego pieniędzy. Ich potrzeby też bierzemy pod uwagę. Wstawienie kartusza prosto w śnieg też służy utrudnianiu mu działania. W lecie to każdy potrafi.
Primus Mimer
To kuchenka duża. Średnica palnika wynosi 8 cm. Jej ustawność jest całkowicie uzależniona od kartusza. Kuchenka jest tak naprawdę palnikiem który nakręca się na pojemnik z gazem. Czyli ustawiamy tak naprawdę kartusz, więc od jego wielkości zależy ustawność i stabilność naszego gotowania. Podstawę pod naczynie na kuchence stanowi stalowy „krzyżak”, który można zdjąć. Ma 12 cm długości.
Stabilność naczynia na nim jest dobra, można lekko postukiwać. Mają ją poprawiać lekkie karby na końcach ramion krzyżaka. Nie wiem czy to rzeczywiście coś daje. Po trzech minutach gotowania wody zdziwiłem się. W czajniku właściwie nic się nie dzieje. Latem oczywiście ten proces był o wiele szybszy. OK, wreszcie się udało. W czajniczku woda zawrzała w 6 minut 31 sekund. Woda z czajnika idzie w ekosystem a my stawiamy na palniku otwartą menażkę. Pierwsze bąbelki pojawiły się w około 5 minut. Wrzenie wody uzyskaliśmy po 10 minutach i 6 sekundach.
Poziom hałasu wytwarzanego przez Mimera jest zupełnie akceptowalny. Na otwartej przestrzeni zdaje się działać z głośnością mniej więcej porównywalną z domową kuchenką gazową. Nie przeszkadza w rozmowie, zapewne też nie płoszy zwierząt. Stygnie zapewne w tempie przeciętnym, jak przystało na przedmiot wykonany ze stali. Zaznaczam, że może sprawiać nieco kłopotu przy pakowaniu do plecaka. Dobrze jest go schować wewnątrz jakiegoś garnuszka, a nie do każdego się zmieści. Ja go wożę luzem, najczęściej w klapie plecaka.
Robens Fire Bug
Nazwa „Ognisty Robak” zapewne wzięła się od konstrukcji pajączka. Ta kuchenka ma własne nóżki i jest podłączana do kartusza za pomocą wężyka. Średnica palnika to 5 cm, okręgu wyznaczanego przez karbowane podstawy pod naczynie 15 cm. Wężyk od nasady do zaworu zakładanego na kartusz ma 33,5 cm. Urządzenie jest w pełni składalne, co ułatwia transport. Ja najczęściej wożę Robaka w czajniczku. Ustawność kuchenki oceniam na 5, tak samo jak stabilność czajniczka na niej. Dobra, lejemy wodę i gotujemy. Sprawdzamy po sześciu minutach… Sporo się dzieje w czajniku, ale gotowaniem to bym tego nie nazwał. Nic dziwnego, palnik prawie o połowę mniejszy od Mimera. 10 minut 25 sekund. Tyle czasu minęło od włączenia palnika do uzyskania wrzenia wody.
Paweł wstawia czajniczek w śnieg a ja napełniam menażkę. Mija ponad 10 minut i prawie nic się w niej nie dzieje. Postanowiliśmy, że jeśli Fire Bug nie poradzi sobie w pełny kwadrans, zakańczamy próbę. 15 minut 11 sekund, woda zawrzała. Najwyraźniej groźba odniosła skutek, Robak nie chciał zostać zdyskwalifikowany.
Czy potrzebny jest jakiś komentarz? Oczywiście że w opisanych i widocznych warunkach, mniejsza kuchenka spisała się słabiej, chociaż moim zdaniem wciąż nieźle. Na pewno jej nie ułatwiamy. Powiedziałbym, że czas gotowania wody był w przybliżeniu dwa razy dłuższy niż latem. No i mamy doskonałe doświadczenie pokazujące, dlatego lepiej gotować w przykrytych pojemnikach. Zwiększenie ciśnienia w naczyniu powoduje przyspieszenie wrzenia.
Fire Midge
Palnik tej kuchenki ma zaledwie 2 cm średnicy i jest inaczej uformowany niż w dwóch poprzednich. Zamiast wielu dysz, ma ich tylko 6, za to sprężających gaz pionowo do góry. Jego siłą nie jest wielkość, tylko wiatroodporność. Jednak w warunkach dzisiejszego testu, obawiam się o to jak ta kuchenka się sprawdzi. Obawiam się, że może nie dać rady.
Ta odporność na zdmuchiwanie ma swoją cenę. Poziom hałasu wytwarzanego przez tę kuchenkę, żartobliwie porównaliśmy do silnika odrzutowego. Utrudnia rozmowę. Ustawność oczywiście tak samo jak w przypadku Mimera, całkowicie zależna od kartusza. Stawiamy schłodzony czajniczek z wodą i zobaczymy, co z tego wyniknie.
Po dziesięciu minutach bez szczególnego efektu postanowiliśmy powtórzyć groźbę którą usłyszał Robak, czyli dyskwalifikacji po kwadransie. W naczyniu z wodą naprawdę niewiele się dzieje.
No cóż, miałem rację, Komar jest po prostu za słaby na tę ilość wody w tych warunkach. Głupi ja, nie przewidziałem tego. No ale czego się spodziewać po humaniście? Z pewnością w końcu uzyskalibyśmy wrzątek, ale wiecie co? Zimno nam się zrobiło. W śniegu przyjemnie się wędruje, ale bardzo nieprzyjemnie stoi w miejscu. Kubek gorącej herbaty w ręku pomaga tylko na chwilę i nie stopom. A musimy jeszcze wrócić do domu. Dokończę pisanie w ciepełku. Moglibyśmy sprawdzić jak Fire Midge sobie poradzi z parzymordką, ale prawdę mówiąc nie znam jej pojemności. Myślę że około 300 ml, ale przy braku pewności nie chcę robić testu na oko.
Podsumowanie
Trochę zmarzliśmy. Paweł, dziękuję za dałeś się namówić na tę głupotkę. Sterczeć tam samemu przez ponad godzinę, na pewno by mi się nie chciało. Wnioski są proste: rozmiar i ciśnienie mają znaczenie. Primus Mimer, jako największa z testowanych kuchenek, poradził sobie najlepiej, to znaczy najprędzej dał nam wrzątek. Robens Fire Midge, który dobrze się sprawdził na wiosnę i w lecie, tym razem nie dał rady. Zbyt zimno, zbyt dużo wody. Musielibyśmy czekać o wiele dłużej, niż to miało sens w chłodzie. Tak czy siak doświadczenie było interesujące i mamy nadzieję, że nie marzliśmy po nic, że wiadomości z tego materiału do czegoś Wam się przydadzą. A jeśli spodobało Wam się takie kręcenie na żywo, dajcie znać, może coś jeszcze przyjdzie nam do głowy.
Napisy końcowe
W realizacji materiału udział wzięli: Paweł i Tomek, wielokrotnie wymieniane wcześniej kuchenki które poznałem dzięki serwisowi kolba.pl oraz kurtki firmy Helikon: Gun Fighter i M65 Covert. Czajniczek też od Helikona.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.