Krótkie przygody także na dwóch kołach
Grzegorz
Od lat twierdzę, że Opolszczyzna jest magiczna. Zawsze wybierałem ten kierunek na weekendowe wypady, aby zwyczajnie nie tłoczyć się w zapchanych turystami popularnych górskich kurortach. Tak, w górach są winkle i powietrze pachnie jakby lepiej. Województwo Opolskie oferuje za to pagórki, a jak pagórki to i pokręcone drogi, bezkresne pejzaże zbożem pozłacane i kawał ukrytej historii. Puste drogi również.
Bartek
Mniejsza od Beskidów – bo te są nam najbliższe – popularność Opolszczyzny, to jeden argument za wyborem tej niewielkiej trasy. Drugi – założeniem naszych wycieczek jest to, żeby wystarczał na nie dzień. I nie więcej niż pół baku w jedną stronę. O wyjazdach w dalekie, wypasione miejsca, mówią wszyscy.
Wychodząc z założenia, że robimy rzeczy po swojemu, postanowiliśmy uzbroić się w zupełnie nie motocyklowe chestpacki od Helikona. Obie wersje – mała i duża – świetnie radzą sobie jako niezbędniki EDC. Wygodniejsze w takim zastosowaniu niż nerki: dają lepszy dostęp oraz kontrolę. Trudno zgubić i nie zauważyć kieszeń założoną na klatce piersiowej. Zaś nad korzystaniem z plecaka mają tę przewagę, że potrzeba sięgnięcia po portfel lub dokumenty nie niesie ze sobą konieczności zdejmowania plecaka, co może być mocno niekomfortowe z uwagi na sztywność ubogaconej w protektory kurtki motocyklowej.
Zdjęcia: Grzegorz Biskup, Bartosz Szymonik; Elventure
My chcemy pokazać, że nie trzeba siadać na litrowy krążownik i zabierać ze sobą tony bagażu, ani być specjalistą enduro, żeby coś ciekawego zobaczyć. I że nie trzeba mieć na to miesiąca. Dzień, a czasami popołudnie po pracy też musi wystarczyć.
Leśna kapliczka
Miejsce religijnego kultu w zaciszu rezerwatu przyrody. Leśne zacisze sprzyja kontemplacji lub zwyczajnie jest dobrym miejscem na krótki odpoczynek.
Pierwszy punkt – czarnocińskie Buczyny. Nieduży, ścisły rezerwat przyrody Boże Oko z malowniczo umieszczoną kapliczką o tej samej nazwie. Pątnicy wizytujący kaplicę i kilka rozmieszczonych tam krzyży muszą wykazać się dobrym zdrowiem z uwagi na dość stromą ścieżkę prowadzącą do tegoż miejsca kultu religijnego. Wyjątkowe walory krajobrazowe tego rejonu to zasługa tzw. Garbu Chełma, czyli dominującego wypiętrzenia Wyżyny Śląskiej, którego najwyższym punktem jest Góra Świętej Anny.
Okazuje się, że kompletnie nie motocyklowe w założeniu plecaki od Helikona świetnie się sprawdzą na krótkich wycieczkach. Summit ze swoją kieszenią zewnętrzną przeznaczoną do transportu przemoczonych lub zabrudzonych rzeczy, świetnie sprawdza się w roli nosidła kasku. Nawet tak dużego i nieporęcznego jak kask turystyczno-offroadowy…
… natomiast Bail Out ze względu na usztywnioną konstrukcję i kształt pozbawiony wystających luźnych elementów wygodnie sprawuje się w motocyklowej turystyce.
Lokalnie można spotkać się z porównaniem Czarnocina do Śląskiej Szwajcarii i nie ma w tym zbytniej przesady, gdyż sama okolica zachwyca – znajdziemy tam urokliwy wąwóz, do którego od południa prowadzi zawiła aleja, ciągnąca się następnie wzdłuż rzeki Łąckiej Wody. Nie tej od śliwowicy.
Bartek
Droga do Bożego Oka, zwłaszcza sama końcówka, jest dość malownicza, wąska i kręta. Wiodąca raczej przez pola i lasy niż miejscowości. Samo wejście do rezerwatu łatwo przegapić – jedna niewielka tabliczka i parking na dosłownie dwa lub trzy samochody. Ale znajdzie się też ława i stół, żeby wygodnie coś przegryźć.
Przeminęły z wiatrem
Ruiny wiatraka dobrze widoczne z autostrady A4. Jadąc w kierunku Wrocławia mijamy je po prawej stronie. Trudno dostać się do nich z samej bany. Dlatego boczne drogi zawsze są lepszą opcją: więcej można zobaczyć, nie trzeba się spieszyć. Pośpiechu wystarczy w pracy.
Grzegorz
Z Bożego oka polecieliśmy do młynów zbożowych – wiatraki typu holenderskiego. W okolicy Góry Świętej Anny zachowały się dwa – w Kadłubcu i w Wysokiej. Wielokrotnie bez namysłu mijałem je jadąc samochodem autostradą nr 4, z radością więc przyjąłem wizję dotarcia do jednego z nich. Odwiedziliśmy ten w Kadłubcu. Niestety, nie zachowały się żadne z jego elementów technicznych, a jedynie twardo stawiające czasowi opór okrągłe, kamienne mury. Wiatraki holenderskie, w przeciwieństwie do koźlaków belgijskiego rodowodu, rozpowszechniły się tylko na zachodnich terytoriach Polski. Ten, do którego dotarliśmy, wzniesiony z lokalnie pozyskanego białego kamienia wapiennego, przyozdobiony jest krzyżem z czerwonej cegły. Upamiętnia on tragiczną śmierć młynarskiego dziecka, które porwał jeden z wiatracznych śmigów…
Bartek
Ruiny wiatraka ewidentnie znajdują się w ramach prywatnej posesji, niemniej daleko poza ogrodzeniem i właściciele raczej przyzwyczajeni są do wizyt turystów. Nikt nie próbuje przeganiać ani choćby szczuć złym słowem.
Mimo wszystko nie należy nadużywać ludzkiej gościnności i cierpliwości.
Największa nie zawsze znaczy duża…
Zupełnie nieturystyczna szczelina. Wejście do jaskini nie zachęca do eksploracji. Zwłaszcza w kompletnym motocyklowym szpeju.
Grzegorz
Następnie postanowiliśmy poszukać Jaskini Chełmskiej u podnóża góry Biesiec. Jazda w siodle to jedno, ale warto rozprostować kości i najzwyczajniej się przejść. W teren, trochę na oślep – ku przygodzie! Zgodnie stwierdziliśmy, iż chełmskość w nazwie jaskini, w konfrontacji z jej wymiarami, nie odnosi się ani do ukrytego pod ziemią przejścia do Chełma, ani do tego, by zmieścić się tam nosząc hełm (lub motocyklowy kask). Niemniej jest to największa jaskinia w województwie opolskim, dotąd względnie niezbadana z uwagi na dość lilipucie korytarze o szerokości od 20 do 120 centymetrów.
W dostępnej części mierzy około 12 metrów, a w jej mrocznych, wapiennych korytarzach znajduje się siedlisko nietoperzy, stąd sezonowo wstęp jest zabroniony. Odradzamy jednak wejście osobom niedoświadczonym, tym bardziej ubranych „na motocyklowo”. Zaklinować można się na samą myśl o wejściu.
Bartek
Faktycznie nie udało nam się wejść do samej jaskini. Już niespełna trzykilometrowy marsz – odległość, którą należało pokonać od zaparkowanych na końcu legalnej drogi moturów – jest oczywiście mniejsza, ale udało nam się nieco pokrążyć, zanim dotarliśmy. W butach enduro dał się we znaki. Poziom wygody i elastyczności takiego obuwia skutecznie odrzuca potrzeby dalszego pieszego trekkingu. Jest to równie dobry pomysł jak klasyczny balet w walonkach.
Ikar, czyli o piecu, który odleciał
Wapiennik Ikar. Piec do wypalania wapna, który stał się pomnikiem.
Wisienkę na torcie stanowił Wapiennik Ikar – malowniczo wkomponowane w zbocze ruiny piece do wypalania wapna. Ikar powstał przy kamieniołomie, a sama działalność wydobywcza stworzyła w latach 20-stych ubiegłego wieku warunki do… rozwoju szybownictwa. Ówcześnie panujący hrabia Sierstorpff z Żyrowej doprowadził do utworzenia lotniska i szkółki szybowcowej z własnym hangarem na szczycie płaskiego tarasu, powstałego po usunięciu kamienia. Ponoć na wybór tej właśnie lokalizacji wpływ miał korzystny prąd wiatru, który omiata szczyt Kamiennej Góry. Szybowce startowały ze wzgórza przy wsparciu gumowych lin nadających im pędu, lądując na okolicznych polach.
Zarośnięty obecnie teren kamieniołomu za Ikarem. Taras utworzony przy wyrobisku jest świetnym miejscem na piknik. Taki z widokami. Piknik na wiszącej skale. Wnętrze kamieniołomu również jest dość malownicze i zachęca do dzikiego biwakowania.
Od szybowców do… bombowców
W otoczeniu Ikara powstało z czasem jeszcze jedno lotnisko, tzw. „dolne”, które bardziej niż lądowaniu szybowców, przysłużyło się działaniom wojennym jako baza lotnictwa bombowego. Bombowce te, a konkretnie Ju-87 „Stuka” z 76. Pułku Bombowców Nurkujących Luftwaffe wystartowały stąd, by we wrześniu 1939 roku zaatakować Wieluń. Miasto to, według historyków, zostało zaatakowane chronologicznie jako pierwszy cel w kampanii wrześniowej, a to z uwagi na ówczesną różnicę czasu obowiązującego w Drugiej Rzeczypospolitej i Trzeciej Rzeszy. Ten zmasowany atak na miasto pozbawione znaczenia militarnego uznano za akt przykład bestialstwa i nieuzasadnionego terroru zastosowanego tylko po to, by zastraszyć ludność i przetestować zdolności bojowe Luftwaffe. Karty historii wskazują również, że w późniejszych miesiącach wojny sam wódz naczelny Adolf Hitler skorzystał z tutejszego lotniska podczas wizytacji frontu.
Upadek Ikara, a raczej powtórne uziemienie
Z wiadomych względów Niemcy nie kontynuowali już użytkowania lotniska w Nieder-Ellguth, jak ówcześnie nazywano Ligotę Dolną. Sama płaskorzeźba zdobiąca wapiennik to dobrze zachowana pozostałość po niemieckiej działalności lotniczej w tym rejonie – symbol paramilitarnej organizacji lotniczej NSFK, mający upamiętnić ofiary śmiertelne lotniczych zmagań.
Zdekompletowana po wojnie płaskorzeźba Ikara zdobiąca wapiennik
Nie zachowała się swastyka pierwotnie umieszczona w nogach Ikara, jednak i bez niej ta mitologiczna postać prezentuje się dziś nad wyraz dostojnie.
Na krótko po wojnie korzystając z rozbudowanej i ocalałej infrastruktury utworzono tu cywilną szkołę dla pilotów i mechaników. Ostatecznie po gruntownych zmianach ideologicznych samą szkołę przeniesiono do Wrocławia. Jednym z jej absolwentów jest Tadeusz Augustyniak – inicjator wykorzystania śmigłowców w polskim ratownictwie górskim. Część pozostałych budynków wykorzystano rolniczo, a w wybranych powstał magazyn… PEWEX-u. W tytułowym Ikarze po wojnie wznowiono wypalanie kamienia i kontynuowano je aż do lat 80-tych XX wieku. Natomiast dla upamiętnienia podniebnych dziejów w 2009 roku utworzono w Ligocie Dolnej Izbę Tradycji Lotniczych.
Ikar był kulminacją naszego pierwszego Elventurowego miniwyjazdu. Liczymy, że mimo nadchodzącej jesieni, uda się wyskoczyć jeszcze w jakieś inne nieoczywiste miejsca. Zarówno Śląsk jak i Opolszczyzna obfitują w warte obejrzenia miejsca.
Artykuł zawiera lokowanie produktów:
- toreb piersiowych Helikon-Tex Numbat oraz Numbat Small,
- plecaka Helikon-Tex Bailout,
- plecaka Helikon-Tex Summit.
Czytaj także:
- Helikon-Tex Numbat – alternatywa dla nerki!
- Helikon-Tex Numbat Small, bo czasami mniej znaczy więcej
- Recenzja plecaka Summit Backpack Helikon-Tex
Współpraca reklamowa
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.