Moja wycieczkowa lista ‘todo’ tworzona wspólnie z Towarzyszem Podróży regularnie się wydłuża. Niektóre punkty na niej są trudne (tygodniowa wędrówka), inne na granicy realności (Tadżykistan autem z Polski). Jeszcze niedawno można było znaleźć na niej punkt ‘nocleg w śniegu’. Bo owszem, trudne wędrówki w śniegu mamy już zaliczone (i to w naprawdę głębokim śniegu) tak nie mieliśmy jeszcze okazji spać w takich warunkach. Najzimniejszą noc w namiocie przeżyliśmy albo w Norwegii (porządna hipotermia z mojej strony), albo w majówkę w Borach Tucholskich. Jednak w obu przypadkach temperatura była lekko na plusie.
Pora więc na prawdziwą noc w śniegu! Na zrealizowanie naszego zamiaru wybraliśmy jeden ze styczniowych weekendów…
Przygotowania i sprzęt
Jak widać po wcześniejszych artykułach – nasze (albo raczej moje) dotychczasowe doświadczenia ze śniegiem oraz zimnem nie były najlepsze. Nic dziwnego – ja jestem z tych ciepłolubnych, zaczynam żyć gdy temperatura pokazuje około 30°C, także nawet zwykła zimowa wycieczka jest mocno poza granicami mojej strefy komfortu.
Największym ograniczeniem w naszym ekwipunku (oczywiście, poza mną) są nasze śpiwory. Oboje nie mamy topowego, zimowego sprzętu – ale ponieważ kupiliśmy na lato cienkie, puchowe śpiwory a nasze główne są wystarczająco obszerne to postanowiliśmy pobawić się w matrioszkę.
W naszym posiadaniu są:
- ja – śpiwór noname kupiony lata temu na allegro, puchowy, 600g kaczego puchu, temperatura komfortu według producenta to 0°C. Dla mnie (ale przypominam, ja gigant zmarźlak) komfort to około 10 stopni, przy 2°C na zewnątrz budziłam się w nim z zimna.
- Towarzysz Podróży – Fjord Nansem Troms XL. Popularny i tani syntetyk z temperaturą komfortu -1°C.
Dodatkowo, oboje posiadamy stosunkowo nowe śpiwory Aegismax Air (upolowane w gigantycznej promocji). To ultralekkie puchówki, mój (mniejszy) ma 230g kaczego puchu 800 CUIN, towarzysza podróży – 260g.
“Na oko”, według tabelek w internecie i po zsumowaniu puchu wychodzi, że po zrobieniu z siebie matrioszki śpiwory powinny nam wystarczyć do -5°C. Do. Celowaliśmy w -2°C.
Pozostały sprzęt (począwszy od lewego, górnego rogu):
- komplet butelek na wodę + termos + zestaw do gotowania Fire-Maple FMS-X1 + kartusz
- śpiwór Towarzysza Podróży, Fjord Nansem Troms XL
- mój śpiwór, 600g puchu
- Aegismax Air, większy i mniejszy
- moja wełniana bluza
- kurtka puchowa Towarzysza Podróży, Decathlon Forclaz MH100 -5°C
- kocyk puchowy Naturehike, backup (nie przydał się, przy takich warunkach zbyt dużo nie daje)
- posiłki – lioflilizaty + Express Menu + makaron błyskawiczny + miseczki
- ogrzewacze chemiczne, backup
- kupka ubrań (na siebie + zapas) towarzysza podróży
- moje kurtki (dwie kurtki puchowe + softshell, ten ostatni okazał się zbędny)
- namiot ratunkowy, nożyk, łopatka, artykuły higieniczne
- moje akcesoria do spania – materac Thermarest xtherm (starsza wersja), jedwabne prześcieradło Decathlon, poduszka z nakładką Naturehike
- namiot Naturehike Mongar 2
- mój zapas rękawiczek, czapek, kapturów, kominiarek (pisałam, jestem zmarzluchem)
- pozostałe akcesoria – okulary przeciwsłoneczne, pompka, czołówka, powerbank i podobne
- akcesoria do spania Towarzysza Podróży – materac Klymit Insulated, jakieś prześcieradło podróżne + poduszka Naturehike, wełna do spania
- moje pozostałe ubrania – kombinezon merino do spania Aclima, koszulka z wełny, bielizna
- moja kupka ubrań do założenia (sporo warstw)
- raczki i stuptuty (nauczyliśmy się po Izerach)
- elektronika – kable, powerbanki
- tzw. poddupniki
- kijki trekkingowe
Sporo. Oczywiście doszły plecaki, wzięłam też grubą matę aluminiową jako backup, kilka pierdół odpadło (np. deska do krojenia). Zapomniałam wagi – więc pojęcia nie mam, ile tym razem musieliśmy nosić kilogramów. Bywało gorzej.
Gdzie idziemy?
Pogoda nie ułatwiała nam zadania. Owszem, śnieg był – ale w środkowo – wschodniej Polsce. Wraz z mrozami po -10°C i więcej. Na zachodzie zaś była odpowiednia temperatura na wykonanie zadania, lekki mróz ale… śnieg zdążył się skończyć. Postanowiliśmy więc oszukać pecha i wybraliśmy się w Kotlinę Kłodzką – są górki, jest trochę chłodniej, powinien być śnieg! Prawda…? Wybraliśmy się więc w stronę Duszników – Zdrój.
Plan był stosunkowo prosty – trasa do pokonania 11 km, niecałe 500m przewyższeń (370 m w górę, 90m w dół). Nocleg mieliśmy zaplanowany niedaleko Rozdroża pod Bieścem – do dyspozycji wiatka i obszar Zanocuj w Lesie. W pobliżu źródło wody. Czy potrzeba coś więcej?
Już chwilę po dotarciu do Duszników – Zdrój okazało się, że oczekiwany przez nas śnieg tak naprawdę śniegiem był – jakiś czas temu. Teraz bardziej przypominał lód. Założyłam raczki zanim jeszcze wyszliśmy z miejscowości (Towarzysz Podróży ambitnie walczył bez mając z tyłu głowy, że każdy upadek skończy się “a nie mówiłam”).
Po chwili wspinaczki oblodzonymi uliczkami dotarliśmy w końcu do końca miejscowości, ciągle kierując się żółtym szlakiem, do Schroniska pod Muflonem. Człowiek miał nadzieję, że trasa będzie przyjemniejsza w lesie. Nadzieja umarła dość szybko – przed naszymi oczami ukazała się… lodowa górka, po której wolno, krok po kroku, wspinał się człowiek… w rakach. Nie w raczkach a w rakach.
No nic, trzeba iść. Towarzysz Podróży przeprosił się ze sprzętem i założył raczki, wyjęliśmy także kijki i ruszyliśmy. W czasie, gdy my się ubieraliśmy wyprzedziły nas dwie emerytki. W normalnych butach, z kijkami do nordic walkingu ambitnie postanowiły pokonać Lodową Górkę. My nie byliśmy tak odważni – ze sprzętem dość szybko pokonaliśmy ten odcinek wyprzedzając zarówno nowo poznane koleżanki oraz (jak się okazało – starszego) mężczyznę w rakach. Dalsza część spaceru była stosunkowo prosta – lekkie nachylenie, ubity śnieg bardziej przypominający lód. Minęliśmy schronisko robiąc przerwę na zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Niecałe 3,5 godziny później byliśmy na miejscu.
Nocleg w śniegu
Zwykle nie lubimy spać koło dróg czy ścieżek i staramy się chować w lesie. Tym razem jednak… lenistwo wygrało. Spaliśmy całkowicie legalnie, obok mieliśmy wiatkę, by wygodnie przygotować posiłek, nie chciało nam się brodzić w śniegu. Przecież to środek lasu, zima, nikt nie będzie tu łazić, prawda?
Podzieliliśmy się obowiązkami jak zawsze – po wspólnym rozłożeniu namiotu (udało się nam wcześniej odgarnąć śnieg) ja zajęłam się rozkładaniem sprzętu (materace, śpiwory, poduszki i takie tam), Towarzysz Podróży w tym czasie przygotowywał obiado-kolację.
Było ciężko. Nie lubię pracować w rękawiczkach, starałam się więc bez ale palce odmawiały współpracy. Bardzo przydatna okazała się mata aluminiowa – owszem, jest duża jednak bardzo lekka a dzięki niej mogłam w miarę wygodnie usiąść w namiocie bez ryzyka przymarznięcia.
Posiłek zjedzony (mięso w sosie z chrupiącym makaronem), człowiek przebrany (bolało…) pora spać. Muszę przyznać – wchodzenie do matrioszki nie jest zbyt wygodne zwłaszcza jak się nie pomyślało i prześcieradło otwiera się na drugą stronę niż śpiwory.
Tutaj spotkała nas niespodzianka. Leżymy w śpiworkach, lampka jeszcze się pali, układamy się do snu… a drogą, tuż obok naszego namiotu przejechał samochód. Jakiś czas później słyszeliśmy jeszcze spacerowicza. Tak kończy się rozkładanie na widoku…
Mimo ciepłego posiłku, kombinezonu z wełny, skarpetek puchowych, puchowych skarpetek, rękawiczek z jedwabiu, rękawiczek puchowych, kaptura wełnianego (od kombinezonu), puchowego i dwóch śpiworów nie było mi jakoś specjalnie ciepło. Teoria mówi, by rozgrzać się ruchem przed wejściem, jednak u mnie słabo to działa. Nie było jednak tragicznie – z czasem udało mi się zasnąć mimo, że była 20. Gdy obudziłam się koło północy to było mi nawet przyjemnie ciepło.
Z czasem jednak zrobiło się gorzej. Jak zawsze – nad ranem.
Na tę wycieczkę wzięłam dwa elektroniczne termometry, które mają możliwość zapisywania zarejestrowanych wartości. Oczywiście – to nie jest sprzęt idealny, kalibrowałam je w namiocie ‘na oko’ (by pokazały podobną temperaturę) także błąd pomiaru mógł wynieść jakieś ± 1°C. Ten pozostawiony pod wiatką pokazał w najzimniejszym momencie, około 8-9 rano prawie -3°C, ten w namiocie – około zera.. Zwykle mieliśmy większą różnicę namiot / zewnątrz, najwyraźniej dzięki matrioszce straciliśmy mniej ciepła.
Wrażenia z matrioszki
Jak sprawdził się sprzęt w tych warunkach? W skrócie – “to skomplikowane”.
Mój materac (thermarest xtherm, starszy model, srebrny) ma R-Value na poziomie 6,9 co oznacza, że mogłabym spać na nim nawet na lodowcu. Wzięłam go trochę na wyrost – różnica cenowa pomiędzy nim a niższym modelem, nie była duża, podobnie jak wagi – jedynie 100g. Także dał radę bez problemów.
Materac Towarzysza Podróży Klymit Insulated Static V Lite jest trochę słabszy – jego R-Value to 4,4. Czuł już na nim lekki dyskomfort który przezwyciężyliśmy kładąc mu podkładkę do siedzenia pod pośladki. Wystarczyło.
Zamiast podkładki następnym razem chcemy położyć na podłogę namiotu tę matę aluminiową (muszę tylko kupić większą). Jest leciutka – niecałe 200g a może uchronić nie tylko przed zimnymi pośladkami, jak i przed zimnymi łokciami.
Matrioszka ze śpiworów zdała egzamin. Oboje mamy mocno obszerne śpiwory zewnętrzne w porównaniu do naszych wymiarów, także wewnętrzne mogły się bez problemu rozprężyć. Co prawda wchodzenie i wychodzenie z tego zasługuje na medal, ale – przetrwaliśmy. Przy tej ilości warstw było mi jednak niewygodnie zawinąć się w kaptury śpiworów, także założyłam na głowę puchowy kaptur od Naturehike. Sprawdził się idealnie.
Problemem było oddychanie – wystawienie nosa na zimne powietrze nie było niczym przyjemnym ale i oddychanie w śpiworze także nie było zbyt dobrym pomysłem. Udało mi się jednak tak zawinąć, że trochę miałam powietrza z zewnątrz, trochę – z wewnątrz a śpiwór był jedynie minimalnie wilgotny przy nosie. Nie potrzebowałam dzięki temu maski na oczy by chronić się przed porannym słońcem!
Niestety – oboje zostaliśmy obudzeni przez chłod w okolicach poranka. Nie z hipotermią jak w Norwegii, było tylko trochę nieprzyjemnie, ale poznaliśmy tak maksymalne możliwości naszego sprzętu. Jeśli chcemy spać w niższych temperaturach to niestety – oboje musimy kupić znacznie lepsze śpiwory. Portfel nie jest szczęśliwy.
Poranek i powrót do cywilizacji
Poranek nie był przyjemny. Wyjście ze śpiwora bolało. Przebranie się bolało. Spakowanie całego sprzętu bolało. Miałam cień nadziei, że tym razem zbierzemy się wcześniej – śniadanie mieliśmy zjeść w drodze i Towarzysz Podróży składał (a raczej próbował) swój sprzęt (zwykle ja to robię a on zajmuje się posiłkiem) jednak jak zawsze – ruszyliśmy w drogę o 12 skoro świt.
Plan był bardzo prosty – wracamy, ale trochę inną trasą. Teoretycznie krótszą. Ponieważ dzień wcześniej cały czas szliśmy pod górę to dziś czeka nas jedynie zejście, prawda?
Prawda?!
Niestety.
Dużo czasu nie zajęło mi zorientowanie się, że troszeczkę za szybko schodzimy w dół. I za długo. Tak więc po krótkim spacerze w dół asfaltową drogą (tragicznie chodzi się w raczkach po odśnieżonym asfalcie, nie polecam) zaczęła się ciekawsza część naszego spaceru. Podejście. Znowu. Całkiem strome. Oczywiście – po lodzie i ubitym śniegu, tak by było nam przyjemniej. Pomarudziłam, powyzywałam i doszliśmy do Schroniska a stamtąd było już prosto. Skróciliśmy też ostatnią część podróży – po Lodowej Górce, z której mimo raczków prawie zjechałam (złośliwy patyk) poszliśmy prosto, przez łąkę zamiast wracać dłuższą trasą przez miasteczko.
Trasa 9,15 km, czas lepszy niż dzień wcześniej bo 2:40. Całkowity wznios – 174m, spadek – 452m. Reszta wycieczki była już prosta – samochód, obiad w restauracji i do domu. Na początku myśleliśmy, by zostać na jeszcze jedną noc, lecz ponieważ nasz sprzęt był na granicy swoich możliwości a miało przyjść ochłodzenie – odpuściliśmy.
Ciekawostka – dwa dni spędzone w raczkach sprawiły, że moje łydki… z przodu chciały umrzeć. Przez kolejne dni chodziłam jak kaczka mimo prób rozmasowania tych mięśni.
Przed powrotem do Warszawy czekały mnie jeszcze dwie przygody – zerwana trakcja w PKP oraz… zorza, którą po raz pierwszy udało mi się upolować. Była widoczna gołym okiem!
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.