Początki wszystkiego
Z moim Towarzyszem Podróży poznaliśmy się jako nastolatkowie przez internet. Oczywiście wbrew ówczesnym zaleceniom – to były czasy, gdy przed relacjami przez sieć ostrzegano na każdym kroku. Polubiliśmy się, graliśmy razem kilka lat w jedną grę, nawet poznaliśmy się na żywo, później jednak nasza relacja się urwała.
Aż pewnego dnia zobaczyłam jego wpis na facebooku. Niewiele myśląc, zagadałam i tak zaczęliśmy znowu rozmawiać. Dość szybko, jak to ja, zaczęłam mu, trochę dla żartów marudzić.
– Nie mam z kim jechać na wakacje, jedźmy razem na Malediwy.
– Nie, za ciepło.
– To chociaż Egipt?
– Nie, za ciepło.
– To do Norwegii pod namiot.
– Ok!
Skoro się zgodził, to przecież się nie wycofam, prawda? Wyjdę przecież na mięczaka… Zaczęliśmy więc organizować naszą pierwszą wspólną podróż – do Norwegii. Możliwie ograniczając koszty, bo moja wewnętrzna cebula ma się dobrze.
Czemu akurat Norwegia? Myśleliśmy na początku o Szwecji: bliżej i wydawała się łatwiejsza przez obecność w UE, ale po krótkim researchu okazało się, że i Norwegia jest osiągalna, a jej fiordy są wyjątkowe.
Tutaj ważna informacja: nasza wycieczka miała miejsce kilka lat temu, dokładniej w 2021 roku (czyli rok po pandemii!). Od tego czasu koszty mogły się trochę zmienić lecz paradoksalnie w samej Norwegii mogłoby być dziś taniej (przez kurs korony).
Przygotowania
Oboje nie mieliśmy jakiegoś większego doświadczenia z namiotami, nawet w Polsce. Ja spałam kilka razy, ale tylko na terenie naszego kraju, a on nigy. No cóż, raz się żyje.
Wspólnie ustaliliśmy początkowe założenia. Wybraliśmy wycieczkę objazdową, własnym autem (by nie musieć wypożyczać niczego na miejscu za miliony monet). Start z Polski, do Świnoujścia na prom, następnie Szwecja, najkrótszą trasą do Norwegii, kółeczko tam i powrót. On zajął się planowaniem samej trasy i punktów do zobaczenia, ja szukałam informacji o zasadach w Norwegii, zwierzętach, noclegach w namiocie oraz przygotowaniem listy przedmiotów do wzięcia. Ten podział obowiązków sprawdził się nam idealnie, do dziś go utrzymujemy.
Zasady spania na dziko w Norwegii
W Norwegii (lecz także w Szwecji i Finlandii) obowiązuje prawo alemannsretten co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „prawo wszystkich ludzi”. W bardzo dużym skrócie chodzi o prawo człowieka do kontaktu z naturą, w naszym zaś przypadku oznacza możliwość spania na dziko niemalże wszędzie. Zasady są bardzo proste: nie wolno rozkładać namiotu w miejscach wyraźnie oznaczonych zakazem (zwykle są to parkingi), trzeba zachować odległość minimum 150 m od zamieszkałych zabudowań (tyczy się również hytte, czyli ichniejszych domków letniskowych), omijać tereny uprawne, a kiedy chcemy zatrzymać się na więcej niż dwie noce – zapytać o zgodę właściciela terenu.
Czy można więc nocować na terenie prywatnym? Tak.
Czy można nocować w parku narodowym? Również tak!
Oczywiście najważniejszą zasadą jest leave no trace, czyli powinniśmy nocować w taki sposób, by nie niszczyć przyrody i nie pozostawiać po sobie śladów. Warto ją stosować nie tylko w Norwegii, lecz za każdym razem, gdy chcemy skorzystać z dobrodziejstw przyrody.
Przed wyjazdem sprawdziłam także występowanie dzikich zwierząt. O ile wilków jakoś specjalnie się nie obawiamy (wręcz przeciwnie – marzymy, by spotkać je na dziko) tak w przypadku misiów warto być przygotowanym. Na nasze szczęście niedźwiedzie nie występują w miejscach, w których planowaliśmy nocować (chociaż niektórzy je widzieli). Udało się nam za to spotkać między innymi łosie, renifery i oczywiście… owce. Bardzo dużo bezczelnych owiec.
Podróż
Jak już wspomniałam wcześniej, zdecydowaliśmy się na podróż własnym autem (a konkretniej autem Towarzysza Podróży, mój miejski samochodzik mógłby nie być zadowolony z tamtejszych górek). Przed wyjazdem sprawdziliśmy stan auta, ubezpieczenie (czy obowiązuje za granicą i na jakich zasadach), wykupiliśmy dodatkową polisę. Koszty ewentualnych hospitalizacji w Norwegii przerażają.
Na promie w obie strony wykupiliśmy kabinę – miał to być nasz ostatni prysznic przed wejściem w las, a w drodze powrotnej odpoczynek po trudach podróży. Kierowca (oczywiście Towarzysz Podróży, ja przez całą drogę robiłam za passenger princess) musiał się także chociaż trochę wyspać.
W Norwegii obowiązują opłaty za drogi. Są dwie możliwości opłacenia należności: albo rejestrujemy się wcześniej na stronie i środki pobierane są z naszego konta bądź karty, albo czekamy na list z informacją o płatności. Listy lubią nie dochodzić za granicę, więc wybraliśmy opcję z rejestracją.
Norwegia znana jest z bardzo restrykcyjnych przepisów drogowych. Dla przykładu (taryfikator na rok 2025) za przekroczenie prędkości o ponad 30 km/h przy ograniczeniu do 60 km/h traci się prawo jazdy. Jazda o 25 km/h za szybko w takim miejscu oznacza mandat o wysokości 12 700 NOK (4769 PLN). Wygląda to przerażająco dla polskiego kierowcy, jednak w praktyce okazało się, że po Norwegii jeździ się miło i przyjemnie. Oznakowanie jest perfekcyjne, nie ma niespodzianek, zawsze wiadomo, dlaczego dany znak gdzieś. Jeśli przed zakrętem w Norwegii widzimy ograniczenie do 60 km/h, oznacza to, że jeśli pojedziemy szybciej, spadniemy z góry i rozbijemy się na skałach. Nawet progi zwalniające są zaprojektowane w ten sposób, że spokojnie można przejechać z dozwoloną prędkością bez ryzyka wstrząśnienia mózgu bądź zniszczenia zawieszenia. Wszyscy więc jeżdżą zgodnie z przepisami (bądź wolniej), nie popędzają się wzajemnie, nie wymuszają. Stosowanie się do ich zasad nie było wcale trudne, nawet dla kierowcy przyzwyczajonego do polskich dróg.
Spanko
Komfort wypoczynku jest bardzo ważny. Mieliśmy spędzić w Norwegii około 12 noclegów, nie chcieliśmy być zmuszeni do ucieczki do hotelu już po pierwszej nocy. Nie inwestowaliśmy jednak specjalnie dużo w sprzęt, wręcz przeciwnie – staraliśmy się maksymalnie oszczędzić.
Namiot
Rozważaliśmy na początku namiot dachowy, jednak po analizie kosztów uznałam, że mój portfel się nie zgadza (samochód Towarzysza Podróży także nie był zbyt zadowolony). Zdecydowaliśmy się więc na zakup dwuosobowego szybko rozkładającego się namiotu z Decathlonu, dokładniej Quechua 2 Seconds Easy Fresh&Black. Dlaczego ten model?
Szybkie rozkładanie
W Norwegii pada. Jeśli nie pada, to znaczy, że pomyliliśmy kraje. Nie mieliśmy wówczas zbyt dużego doświadczenia z namiotami, więc rozkładanie normalnego oznaczałoby ryzyko zamoczenia sypialni. Woda pod zwykłym materacem oznacza zimko, tego nie lubię.
Fresh&Black
Co prawda akurat to wyszło całkowicie przypadkiem, jednak byliśmy bardzo zadowoleni z wyboru zaciemniającego namiotu. Nie jestem rannym ptaszkiem, wręcz przeciwnie. Nasza pierwsza norweska przygoda miała miejsce we wrześniu, więc godziny wschodu i zachodu słońca były całkiem znośne, jednak rok później w czerwcu nawet w okolicach Oslo (czyli na południu Norwegii) o 23 jest jasno.
Kształt, rozmiary i waga
To nie jest mały namiot po złożeniu. To nie jest lekki namiot. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych szybko rozkładających się nie jest nieporęcznym kołem, waga także nie stanowiła problemu, bo większość noclegów mieliśmy dość blisko samochodu (z wyjątkami, które bolały w plecy).
Wszyscy w sieci przestrzegają, by na dwie osoby brać trójkę, ale w tym namiocie spokojnie się zmieściliśmy. Co prawda, ja nie jestem dużym człowiekiem, jednak Towarzyszowi Podróży trochę się urosło, a mimo to nie narzekał. Dwa wyjścia z dwoma przedsionkami znacząco poprawiły komfort – właśnie w nich trzymaliśmy część rzeczy (pozostałe zaś po prostu w torbach obok namiotu lub w aucie).
Materac i śpiwory
Tutaj było jeszcze prościej. Wzięłam z szafy zwykły, domowy materac dmuchany typu intex oraz pompkę do niego (dużą, ładowaną sieciowo bądź z gniazda zapalniczki). Do tego mata aluminiowa na wymiar materaca od Majfriendów oraz dwa śpiwory. Ja miałam już swój puchowy kupiony za jakieś śmieszne pieniądze z tcomf 2, Towarzysz wziął syntetyczny model z podobnymi parametrami z Decathlona. Mieliśmy też zapasowy śpiwór z jakimś tcomf 10, by w razie potrzeby się przykryć, jednak nawet go nie użyliśmy.
Akcesoria biwakowe
Wybierając się na wycieczkę objazdową samochodem, nie zawsze jest sens kierować się minimalizmem. Człowiek zasługuje przecież na odrobinę komfortu!
Poza absolutnym minimum wymienionym wyżej wzięliśmy ze sobą jeszcze dwa składane krzesełka turystyczne ze stolikiem (znowu Decathlon, model Quechua 500 M). Dodatkowo, by móc w ogóle z nich skorzystać (przypomnę: w Norwegii niemal ciągle pada) zaopatrzyliśmy się także w duży tarp (5×3) od Majfriendów wraz z linkami i masztami. Mimo że, jak wspomniałam w jednym tekście, kompletnie nie potrafiliśmy z niego korzystać, to i tak był bardzo przydatny. Przynajmniej można było posiedzieć wieczorem i spokojnie zjeść posiłek… Chyba, że akurat rozłożyliśmy się w chmurze komarów, wtedy nie można było.
Przygotowywanie jedzenia
Na tę wycieczkę specjalnie kupiłam kuchenkę gazową Robens Fire Beetle Stove. Jest to prosty model na rozkładanych nóżkach (nie chciałam nakręcanej na kartusz), działa do dziś. Dodatkowo, wzięłam do niej także osłonę przed wiatrem Optimus Windfoil (Nova). Mieliśmy także do dyspozycji dwa zestawy naczyń turystycznych: mój z Aliexpress (sprawdził się, ale nie lubię anodyzowanego aluminium), Towarzysza Podróży MSR TrailLite Duo System (na bogato). Oczywiście dalibyśmy sobie radę z jednym, ale jeszcze wówczas kombinowaliśmy z gotowaniem, więc postawiliśmy na wygodę i testy.
Mieliśmy ze sobą także składane silikonowe wiadro na wodę, które jest wręcz zaprzeczeniem lekkiego i małego ekwipunku (ale się przydało!) oraz zbiornik do wody pitnej (kupiony gdzieś stacjonarnie w markecie). Do uzdatniania wody używaliśmy (i używamy po dziś dzień) Lifestraw Universal.
Posiłki
Wbrew zapewnieniom wszystkich wokół nie wyrosłam ze swojej wybiórczości pokarmowej. Dlatego perspektywa wycieczki na dwa tygodnie do obcego kraju z obcymi smakami, delikatnie ujmując, trochę mnie przerażała. Nie miałam ochoty spędzać w sklepie godzin na próbach tłumaczenia aplikacją składów produktów, co i tak nie gwarantowałoby powodzenia. Dlatego też sporo wzięliśmy z Polski.
Wybierając się pierwszy raz do Norwegii, nie mieliśmy żadnego doświadczenia jeśli chodzi o jedzenie do lasu. Dlatego eksperymentowaliśmy. Postawiliśmy na trzy rodzaje posiłków:
- gotowe sosy w słoikach + kiełbasa (pierwsze dni wycieczki) + ryż/makaron
- gotowe posiłki w słoikach + ryż/makaron
- gotowe posiłki w plastiku (te do przechowywania poza lodówką)
Dodatkowo kilka paczek kabanosów, serków topionych, paczkowanej kiełbasy krakowskiej w plastrach (daje radę przeżyć sporo bez lodówki) oraz oczywiście nutella. Chleb i resztę dodatków kupowaliśmy na miejscu.
Jak sprawdził się ten pomysł? Zaskakująco dobrze – z kilkoma uwagami. Dość szybko uznaliśmy, że podsmażanie kiełbasy na tej patelni kompletnie mija się z celem – efekt nie jest zadowalający a naczynia nie można potem domyć. Szybko też z tego zrezygnowaliśmy.
Błędem było wzięcie lodówki turystycznej (z ogniwami Peltiera, nie chcieliśmy kupować kompresorowej). Mieliśmy nadzieję, że w ciągu dnia schłodzi się wystarczająco na zasilaniu z samochodu, by nocą utrzymać temperaturę, jednak już pierwszego dnia to nie zadziałało.
No dobrze, to jak z tymi kosztami?
Koszty wycieczki podzielę na dwie kategorie. Pierwszą są faktycznie poniesione, jednorazowe wydatki: benzyna, prom, hotel (nie był planowany, musieliśmy dosuszyć ekwipunek), wyżywienie, atrakcje i parkingi na miejscu oraz podobne. Stosuję kurs korony z 2021 roku (teraz jest znacznie tańsza).
Drugą kategorią są koszty sprzętu. Tutaj będzie jednak trochę trudniej – cena części produktów jest z 2025 roku, innych z 2021 albo nawet dawniejsza. Niektóre produkty były bardzo budżetowe inne zaś wręcz przeciwnie. Ta kategoria będzie więc raczej ciekawostką.
Poniesione koszty
Noclegi
W założeniach mieliśmy spać tylko w namiocie, ale wiadomo – plany lubią się rozmijać z rzeczywistością. Pierwszy nocleg w hotelu był wymuszony przez okoliczności: po tygodniu nasz namiot i śpiwory były już wyraźnie wilgotne. Wynajęliśmy więc pokój w hotelu w Trondheim na jedną noc (nie był najtańszy), co niestety wiązało się też z opłaceniem parkingu hotelowego.
Dwie kolejne noce spędziliśmy w hostelu w Oslo, by dać sobie szansę na zobaczenie miasta. Towarzysz Podróży miał wynająć hotel, ale jakoś się pomylił i wybrał hostel dosłownie obok. Mieliśmy jednak prywatny pokój bez żadnych współlokatorów (wolałabym namiot w parku), łazienkę i kuchnię, więc nie było źle.
Zdarzyło nam się także raz skorzystać z kempingu w miejscowości Odda. Towarzysz Podróży był zmęczony, nie miał ochoty na szukanie miejsca pod namiot po ciężkim spacerze, dlatego podjął taką decyzję. Nie było źle – przynajmniej zaliczyliśmy prysznic. Wiem jednak, że tego typu noclegi są bardzo nie dla mnie.
Koszt:
- kemping – 96 zł
- hotel w Trondheim – 486 zł
- parking w Trondheim – 179 zł
- hostel w Oslo (dwa noclegi) – 672 zł
- parking w Oslo (dwie doby) – 288 zł
Suma: 1 721 zł
Akurat ten wydatek był zbędny. Przy kolejnych wycieczkach już tak planowaliśmy trasę, by nie musieć korzystać ani z parkingów, ani z hoteli. Dla dobra naszego portfela.
Transport
Jak już wspomniałam, jechaliśmy prywatnym autem spod Zielonej Góry, stamtąd na prom w Świnoujściu, Szwecja, Norwegia, kółeczko i z powrotem. W sumie zrobiliśmy 3662 km. Dorzucę tutaj jeszcze koszt ubezpieczenia, bo później go zgubię.
Koszt:
- prom – 1500 zł
- ubezpieczenie – 184 zł
- paliwo – 1 536 zł
Suma: 3 220 zł
Jedzenie
W tej kategorii bardzo ważne będzie rozróżnienie kosztów jedzenia kupowanego w sklepach, którego ceny są tylko trochę wyższe od polskich (chociaż dużo zależy od produktu) oraz jedzenia na mieście, które jest absurdalnie drogie. Ja chciałam oszczędzać, Towarzysz Podróży twierdził, że jest przecież na wakacjach, więc odwiedziliśmy jedną restaurację oraz kilka kawiarni.
Do zakupów w Polsce wliczam nie tylko jedzenie, ale także pozostałe produkty: kartusze gazowe, mokre chusteczki czy podobne.
Koszt:
- jedzenie (i nie tylko) kupione w Polsce – 749 zł
- sklepy spożywcze w Norwegii – 309 zł
- jedzenie na mieście – 480 zł
Suma: 1 538 zł
Wydawaliśmy także pieniądze na atrakcje czy pamiątki, lecz z oczywistych względów nie ma sensu tego wliczać.
Podsumowanie kosztów wycieczki
Matematyka mówi, że bez noclegów zapłaciliśmy 4758 zł (na osobę 2379 zł), z noclegami – 6479 zł (na osobę 3239,5 zł). Czy to dużo, czy to mało za niecałe dwa tygodnie wycieczki, gdzie zrobiliśmy ponad 3500 km autem? Niech każdy sobie odpowie.
Koszty sprzętu
Tę kategorię opisuję tylko w formie ciekawostki. Jak wspomniałam wcześniej, sprzęt raczej się nie zużywa – większość mamy do dziś (bądź wymieniliśmy na nowsze modele). Niektóre nasze wybory to maksymalna możliwa cebula, inne zaś to produkty z wyższej półki. Nie wszystko też jest absolutnie niezbędne, nie wszystko zdało egzamin.
- Namiot Quechua 2 Seconds Easy Fresh&Black, 2-osobowy, cena: 500 zł. Do takich zastosowań sprawdza się super.
- Materac dmuchany Intex, cena: 50 zł. Tanie, wygodne, ale ciężkie. Coś za coś.
- Mata aluminiowa na materac, cena: 20 zł. Mata jest niezbędna, by na zwykłym dmuchanym materacu spać w niższych temperaturach.
- Śpiwór (mój), cena: 355 zł. Mój śpiwór od lat nie jest już w sprzedaży, nawet historyczne oferty zniknęły.
- Śpiwór Forclaz MT500 5°C, cena: ok. 350 zł. Ten model także jest wyprzedany, w sprzedaży jest oferowany jedynie jego młodszy brat. Cena orientacyjna – jak poproszę Towarzysza Podróży, by jej poszukał, to nie odezwie się do mnie przez tydzień.
- Krzesło kempingowe niskie Quechua 500 M, cena: 180 zł. Kupowaliśmy oczywiście starszą wersję w innej cenie. Posiadam komplet do dziś, nic się nie zepsuło. Można też znaleźć podobne, lecz lżejsze modele innych firm.
- Stół kempingowy Quechua 500 niski, cena: 200 zł. Podobnie jak krzesełka – mamy starszy model. Sprawdził się.
- Tarp Top Lander 3×5, cena: 150 zł. To nie jest mały i lekki tarp, to jest potwór. Jednak zdał egzamin, mimo że musiał robić także jako zbiornik na deszczówkę.
- Maszty kempingowe x2 do namiotu lub budki Quechua, cena: 50 zł. Są duże, ciężkie, producent nie dołącza pokrowca (więc musiałam sama uszyć), ale do stacjonarnego biwakowania się przydają.
- Palnik gazowy Fire Beetle Stove, cena: 200 zł. Sprawdził się, używany do dziś.
- Osłona przeciwwietrzna Optimus Windfoil (Nova), cena: 50 zł. Po prostu działa.
- Zestaw naczyń turystycznych, cena: 150 zł. Oczywiście to nie jest ten zestaw – link nie jest już aktywny. Nie mogę też znaleźć identycznych zestawów jak mój, ten jest w miarę podobny.
- Zestaw naczyń MSR TrailLite Duo System, cena: 350 zł. Czy potrzebowaliśmy aż takiego zestawu? Nie. Czy się sprawdził? Oczywiście, nadal zdarza się nam go brać ze sobą.
- Filtr do wody LIFESTRAW Universal, cena: 180 zł. Filtrów tych używamy do dziś, oczywiście z innymi wkładami z naszymi Nalgenkami.
Dodatkowo mieliśmy ze sobą pompkę do materaca, lampkę turystyczną (z obu już nie korzystamy, znalazłam znacznie mniejsze rozwiązanie 2w1), prześcieradła turystyczne do śpiworów, poduszki, maty do siedzenia, linki i dużo drobnych rzeczy, których nie ma sensu wymieniać.
Plecak mieliśmy jedynie mój, większość ekwipunku przenosiliśmy… w torbach z Ikei. Na bliższe odległości dawało to radę, większe były torturą.
Ja chcę jeszcze raz!
Ta niesamowita norweska wycieczka okazała się początkiem serii naszych udanych przygód. Rok później znowu odwiedziliśmy krainę fiordów – niech to będzie najlepszą laurką dla tego wyjazdu, który wymagał trochę kombinowania i planowania (zwłaszcza że był naszym pierwszym), jednak z biegiem czasu doszliśmy do wprawy.
Każde tego typu wycieczki zapisujemy dla samych siebie, dzięki czemu możemy później przeanalizować, jakie elementy ekwipunku się sprawdziły, a jakie niekoniecznie, a także porównać koszty. Nasz sprzęt również się rozwija, ewoluuje i dostosowuje do potrzeb. Lecz o tym innym razem.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.