Ponieważ moje wyjazdy to nie jest bushcraft z budową schronienia, to jakoś nigdy nie miałam motywacji, by zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać apteczka podróżna. Oczywiście jakieś podstawy przy sobie zawsze mam. W EDC noszę chusteczki dezynfekujące, fiolki z wodą destylowaną, krople do oczu (pozostałości po laserze), ze dwa plasterki i trochę leków. Na dłuższe wyjazdy coś jeszcze dorzucam, w aucie zawsze jest również apteczka (gotowiec, ale to już coś). Jednak do tej pory nie przygotowałam niczego naprawdę porządnego.
Smark na fiordach
Pierwszą nauczkę dostałam na naszej drugiej wyprawie do Norwegii (o której możecie więcej poczytać w moich wcześniejszych tekstach). Mniej więcej w połowie wycieczki mieliśmy okazję zaznać luksusów w postaci prysznica (uwierzcie mi, po tygodniu w lesie jest on niczym najlepsze spa). Umyłam więc siebie, swoje futro na głowie i cała szczęśliwa byłam gotowa do dalszej podróży. Chcieliśmy zrobić sobie spacer po miejscowości a ja, by nie przedłużać, stwierdziłam, że po co suszyć włosy, czapka wystarczy.
Nigdy nie wystarczała. Zawsze po wyjściu z mokrymi włosami, gdy było mniej niż 20 stopni, kończyłam chora. Tym razem też tak to się skończyło. Wygibasy na śniegu także nie pomogły. Dwa dni później, po chłodnej nocy (przypadkiem rozłożyliśmy się w miejscu położonym zbyt wysoko, więc było zimno) obudziłam się chora.
W apteczce miałam podstawowe leki na przeziębienie, zabrakło jednak najważniejszego: czegoś na katar. Nie chciało mi się przed wyjazdem sprawdzać przepisów, uznałam, że przecież nie zachoruję. No trudno, kierunek: apteka. Nadrobiliśmy chyba kilkadziesiąt kilometrów (odległości w Norwegii potrafią być ciekawe), potem trochę rozmowy na migi i udało mi się dostać najdroższy specyfik na katar w moim życiu. Kilka lat później dowiedziałam się, że te środki można kupić u nich w każdym markecie, więc szukanie apteki było zbędne. Jakoś przeżyłam do końca wycieczki, zużywając tony chusteczek, jednak ominęła mnie kąpiel w przepięknym jeziorze w Szwecji. Czy czegokolwiek mnie to nauczyło? Czy od tamtej pory jeździ ze mną porządna apteczka podróżna? Skądże.
Warszawka bawi się siekierą
Całkiem niedawno, prokastynując w sieci, znalazłam ofertę noclegu w domku myśliwskim gdzieś na wschodzie. Za darmo (bo to beta testy) to bardzo uczciwa cena, więc jedziemy! Przynajmniej jakaś odmiana od namiotów.
Sama chatka okazała się świetna – obok woda, w środku koza, można spać w ciepełku, mimo że na zewnątrz temperatura spadła do 0. Oczywiście pod warunkiem, że ma się co do tej kozy włożyć. Na pierwszą noc mieliśmy przywieziony z miasta brykiet (spalił się szybciej niż sądziłam), na drugą opał musieliśmy zorganizować sobie sami.
Domek znajduje się na terenie prywatnym, dostaliśmy więc zgodę na zebranie suchego drewna. Do dyspozycji mieliśmy malutką siekierkę i piłę spalinową. Wzięłam siekierkę, rękawiczki (moje prywatne z auta) i zaczęłam się bawić. Mimo braku doświadczenia szło mi całkiem dobrze, jeśli pominie się kawałki drewna fruwające wokół mojej twarzy i fakt, że nie wyszła mi matematyka i nie wszystko zmieściło się finalnie do kozy. Wreszcie skończyłam, magazynek na drewno był pełen i cała dumna z siebie zdjęłam rękawiczki.
Wraz ze skórą.
Kompletnie zapomniałam, że dość szybko robią mi się odciski a zajęta zabawą co prawda czułam, że boli, lecz nie zarejestrowałam jak bardzo.
Pewnie wielu z was uzna, że przesadzam – to przecież tylko zdarte odciski. Jednak ich umiejscowienie jest dość problematyczne, my zaś byliśmy w plenerze bez dostępu do bieżącej wody. Trzeba więc umyć, zdezynfekować i najlepiej czymś zakleić, bo przeszkadzały nawet w utrzymaniu kierownicy.
Chusteczki dezynfekujące – są.
Paski do ściągania ran – są. Tu na szczęście zbędne.
Zwykłe plastry – są. Ale… dużo za małe. Przecież mam w aucie! Wygrzebałam apteczkę, otworzyłam ją pierwszy raz w życiu, znalazłam plastry… które odkleiły się po kilku minutach.
Pozostała nam jedyna dostępna opcja: trzeba zapłacić podatek od głupoty i gdzieś je kupić. W niedzielę, z dala od większych miast, bez dostępu do Żabek. Na szczęście udało się na stacji, ale cena zabolała. Wracając więc następnego dnia do domu, zatrzymaliśmy się w Action i kupiłam zapas plastrów na najbliższe pół roku tak na wszelki wypadek.
Przez chwilę miałam także ochotę pobawić się piłą spalinową, ale po tym, jak pokonała mnie siekiera, uznałam, że lepiej nie ryzykować.
Złóż apteczkę podróżną
Mam nadzieję, że te dwie lekcje wystarczą mi, bym w końcu pokonała wewnętrznego lenia i żeby wreszcie powstała moja apteczka podróżna. Uniwersalna, ze wszystkim, co może być nam potrzebne zarówno pod namiotem, jak i w chatkach, którą zawsze można ot tak wrzucić do plecaka bez myślenia. Przed wyjazdem i tak jest zwykle dużo pakowania i planowania. Nie ma sensu ryzykować, że w tak ważnej kwestii znowu o czymś zapomnę.
Ciekawostka na koniec: minął już niemal tydzień od powrotu a ja ciągle muszę nosić plastry. Zdarłam sobie skórę w tak beznadziejnym miejscu, że niektóre treningi całkowicie odpadają, podczas innych zaś muszę znacznie bardziej uważać, by zdarcia mogły się zagoić.
Więcej o tym, jak powinna wyglądać apteczka podróżna na różne okazje z perspektywy lekarskiej możesz przeczytać tutaj.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.