Woda źródłem życia
Woda na wyprawach, nawet krótkich – jest najważniejsza. Bez jedzenia człowiek chwilę sobie poradzi (pomińmy jak), schronienie w ostateczności da się zaimprowizować, jednak bez wody już po kilku godzinach będzie słabo. Nie mamy też fizycznej możliwości, by wziąć na plecy zapas wody na kilka dni w plenerze.
Dlatego podstawowym elementem naszego „leśnego wyposażenia” jest przynajmniej jeden filtr.
Tutaj zrobię małe wtrącenie, dla bezpieczeństwa. W tym artykule wspominam o specjalistycznych filtrach turystycznych jak LifeStraw czy Sawyer Mini, nie o filtrach domowych, jak Dafi przeznaczonych co najwyżej do kranówki.
Zwykle bierzemy model pozwalający nam przygotować większą ilość wody do gotowania, czasem też w plecaku ląduje filtr do Nalgenki (przynajmniej jako backup, jakby KTOŚ nie sprawdził, czy ten pierwszy nadal działa po poprzedniej wyprawie).
Jednak wędrując na nizinach, nie spotykamy zbyt wielu źródeł. W sumie to nie spotykamy ich niemal w ogóle – pamiętam całe jedno, z którego jednak woda była tak obrzydliwa, że nawet pragnienie nie zachęcało do picia. Mamy więc do wyboru rzeki czy jeziora, które nie ukrywajmy – nie zachęcają. Trzeba więc kombinować.
Najprostszym rozwiązaniem byłoby oczywiście kupno wody butelkowanej, jednak wędrujemy raczej po mniej zaludnionych obszarach, więc sklepy spotykamy naprawdę rzadko. Pozostaje więc jedyne rozwiązanie – lokalni mieszkańcy.
Czy poratuje pani wodą?
Nawet w najbardziej odludnych miejscach, w jakich byliśmy do tej pory w Polsce, zdarzały się na trasie wioski. Czasem jest w nich dosłownie kilka domków – ale cywilizacja! Skoro cywilizacja, to muszą mieć wodę… Wystarczy więc zapytać!
Hehe, zapytać. Moje skille społeczne nie zawierają funkcji „rozmowa z obcymi ludźmi”. Na szczęście – podróżuję z Towarzyszem Podróży. Podział zadań jest więc prosty i bardzo skuteczny. Oboje szukamy posesji, gdzie po podwórku kręci się jakiś człowiek, podchodzimy, Towarzysz Podróży zagaduje i prosi o wodę, ja zaś staram się uśmiechać i robić za tło. Jeśli w całej wiosce nikogo nie widać, to pozostaje nam zadzwonić do bramki.
Nigdy nie spotkaliśmy się z problemami czy z odmową – kto w końcu nie podzieliłby się dosłownie dwoma litrami wody!? Najczęściej ludzie uzupełniają nam butelki i ruszamy dalej, czasem jednak – są autentycznie ciekawi dwójki podróżników
Perfekcyjny ogród
Zacznę nietypowo – od chyba jedynej sytuacji, gdy zostaliśmy zaproszeni bez wcześniejszego pytania o wodę.
Dawno, dawno temu w czasie naprawdę upalnego lata, na samym początku naszej podróży, zostaliśmy zaczepieni na drodze przez starszego mężczyznę poruszającego się swoim SUV-em. Nie potrzebowaliśmy jeszcze ani przerwy, ani tym bardziej wody – jednak tak ochoczo nas zapraszał na swoją pobliską posesję, że skorzystaliśmy. Do dziś pamiętam, jak podążając za jego samochodem, próbowałam doprowadzić swój strój do względnego ładu, bo przy ówczesnych temperaturach ten był nieco… przewiewny.
Gdy tylko otworzył bramę od swojej działki nam obojgu opadły szczęki.
Znam się na roślinkach. Znam się na ogrodach. Wychowałam się w końcu z łopatą w rękach, poranek wigilijny spędzając na sadzeniu roślin, po uprzednim rozbiciu cienkiej warstwy zmarzniętej ziemi. Dobrze więc wiem, ile pracy kosztuje konkretny efekt.
To nie była bardzo duża posesja z ogromną rezydencją. Mimo to – utrzymanie ogrodu w tym stanie kosztowało naprawdę ogrom pracy. Każdy centymetr był dopracowany, krawędzie trawy przy ścieżkach idealnie przycięte, przekwitnięte kwiaty z wielkich krzewów usunięte. Do tego widowiskowa, okrągła drewutnia, kuchnia letnia, pomost na rzece. Z oczywistych względów zdjęć nie robiłam, jednak po dziś dzień pamiętam efekt.
Dostaliśmy zimną wodę (przydała się), porozmawialiśmy trochę, posłuchaliśmy historii jego życia (swoją drogą, fascynującego), pochwaliłam wielokrotnie ogród oraz dostaliśmy na drogę słoik z domowymi ogórkami i ogromnego pomidora z ogrodu. Nie są to najlepsze produkty na wycieczkę backpackingową, ale smakowo były rewelacyjne.
Pomidor sprawił mi jednak drobny problem – potrzebowałam do niego soli. Nie umiem jeść pomidorów bez niej, takie przyzwyczajenie. Skąd więc zdobyć sól… w lesie? Zapomniałam zapytać naszego chwilowego gospodarza o mały zapas, szukaliśmy więc po drodze. Domów brak, ludzi brak, sklepów tym bardziej brak. ALE! Udało nam się w końcu dojść do ośrodka wypoczynkowego. Wyglądał jakby czas zatrzymał się tam we wczesnych latach 2000, ale jest, podają jedzenie, zimne napoje. I mają sól! Zatrzymaliśmy się więc na posiłek i odpoczynek.
Szybko jednak pojawił się problem – jak wziąć ze sobą garść soli? Nie mieliśmy ani małych woreczków, ani pojemniczków – poszliśmy przecież w las, minimalizując ekwipunek. Zauważyłam jednak, że na wyposażeniu knajpy są jednorazowe, foliowe rękawiczki. Idealnie! Zrobiłam z kciuka mały woreczek, za zgodą obsługi przesypaliśmy małą garść soli, a wieczorem na kolację mieliśmy pomidora. Z solą!
Wężowianka!
W Drawieńskim Parku Narodowym (i okolicach) ciężko o sklepy. Wody co prawda pod dostatkiem w postaci jezior i rzeczek, ale jej zdobycie nie zawsze jest proste przez strome i porośnięte brzegi, szczerze przyznam – nie chciało nam się zbytnio jej uzdatniać. Przechodząc więc przez miejscowość postanowiliśmy poprosić kogoś o wodę.
Miejscowość to dużo powiedziane – to była osada może z kilkoma domami i jak na złość – pusta. Ani żywego ducha. Po dłuższym czasie krążąc udało nam się zauważyć jednego człowieka na podwórku. Idziemy! Podział obowiązków był jak zawsze prosty – od gadania jest Towarzysz Podróży, ja zaś zajęłam się zabawą z pieskiem. Mężczyzna na początku był zaskoczony i niezbyt chętny do rozmów, jednak po chwili jego nastawienie się zmieniło. Nawet posiłek proponował!
Dostaliśmy wodę do wszystkich pojemników, posłuchaliśmy ostrzeżeń przed wilkami (ale my je chcemy spotkać!) i poszliśmy w dalszą drogę.
Po kilku kilometrach spotkała nas niemiła niespodzianka – gdy posmakowaliśmy tej wody okazało się, że ma smak… węża ogrodowego. Co prawda, przy nalewaniu nam wody sporo jej spuścił, ale smak niestety pozostał. Do picia nadawała się słabo, ale po przegotowaniu i wlaniu do liofilizatów była już ok.
Więcej piesków!
Podczas tej samej wycieczki zatrzymaliśmy się w małej miejscowości na posiłek. Oczywiście – własny, bo żadnego sklepu w okolicy nie było. Herbatka, kanapki i… problem, bo na tym koniec wody. Do najbliższego zbiornika spory kawałek drogi, pozostało więc pytać po domach. Jak zawsze – w miejscowości ani żywego ducha.
Odpoczęliśmy trochę, myśląc, co zrobić, i nagle zauważyliśmy starszą kobietę. Już wcześniej minęliśmy ją na trasie z pieskiem, najwyraźniej wracała do domu. Trzeba więc zagadać! Towarzysz Podróży oczywiście, ja takich umiejętności nie posiadam.
Wodę oczywiście dostaliśmy, wraz z ochrzanem, że powinniśmy wejść do niej na śniadanie a nie rozkładać się na trawie. Trochę zabaw z pieskiem, opowiadania co my robimy (i po co), słuchania historii z jej życia, opowieści o okolicy (o tym, jak powstawał ten park narodowy, jak żyło się wcześniej, o wilkach odwiedzających posesję i o tym, że są całkowicie niegroźne dla człowieka). Posiedzieliśmy trochę, porozmawialiśmy (no dobra, on rozmawiał) i poszliśmy w dalszą drogę.
Nieudany podryw
Nieprzyjemna sytuacja tak naprawdę spotkała nas raz – lecz nawet nie przy prośbie o wodę, a przy zwykłym odpoczynku. Wędrując między małymi miejscowościami, zatrzymaliśmy się przy lokalnym sklepiku na posiłek – wypiliśmy jakąś oranżadę, jak z czasów naszego dzieciństwa, zjedliśmy ogromne drożdżówki i chcieliśmy dać odpocząć stopom.
Po chwili przysiadł się do nas lokalny mieszkaniec – na początku wydawał się być sympatyczny, wypytywał, co robimy, po co wędrujemy, jednak z czasem stawał się coraz bardziej męczący i namolny. W pewnym momencie zaczął próbować wyciągać od nas dane kontaktowe – w SM, numer telefonu. Nie potrafił uszanować prostego „nie”.
Gdy wróciłam na chwilę do sklepu, zostawiając panów samych, mój Towarzysz Podróży nasłuchał się trochę, jaka jestem zła i okropna. Na szczęście – mężczyzna w końcu odpuścił. Zapewne chciał być po prostu miły, jednak ja bardzo nie lubię, gdy ktoś nie potrafi zrozumieć prostej odmowy.
Spotkania w lesie (i nie tylko)
O wodę prosiliśmy wielokrotnie, w różnych miejscach. Większych miejscowościach, malutkich wioskach, od osób prywatnych, od pracownika Lasów Państwowych, zdarzało się nawet w lokalnej restauracji (chcieliśmy tam zjeść, lecz nie mieli miejsc).
Jak do tej pory – nigdy nie spotkaliśmy się z odmową czy nawet niemiłym przyjęciem. Niektórzy ludzie są przerażeni perspektywą rozmowy z obcymi (jak ja), inni zaś są szczerze nas ciekawi i chcą poznać motywacje czy plany, zdarzają się nawet zaproszenia na posiłki. Nie spotykam takiej gościnności i otwartości na obcych w Warszawie czy w innym dużym mieście, jakim mieszkałam, jest to więc dla mnie sporym zaskoczeniem.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.