Pierwsze wrażenie: prosto i po wojskowemu
Są takie elementy outdoorowej garderoby, które trudno ocenić po samym obejrzeniu na stronie internetowej. Można oczywiście sprawdzić skład, gramaturę, kraj produkcji i tabelę rozmiarów, ale nie dotknąć materiału. W przypadku kurtki czy polaru nie jest to duży problem, natomiast kiedy chodzi o pierwszą warstwę, którą nosimy jednak bezpośrednio na skórze, ważne jest jednak, żeby po prostu czuć się w niej dobrze. Dlatego zawsze podchodzę do zamawiania przez internet tego typu produktów z pewną dozą niepewności.
Varusteleka L1 T-shirt w kolorze zielonym – prosta, techniczna koszulka z pogranicza outdooru i militariów, z płaskimi szwami i panelem rzepowym na rękawie. / Zdjęcia: Katarzyna Urbaniak, Maciej Urbaniak
Koszulka wygląda dokładnie tak, jak można się spodziewać po produkcie z pogranicza outdooru, militariów i użytkowej odzieży technicznej: prosto, dość surowo, bez zbędnych ozdobników. Zielony kolor jest stonowany i łatwy do połączenia z resztą terenowej garderoby. Dostępny jest jedynie krój męski, ale za to dopasowany, więc mimo moich obaw najmniejszy rozmiar (S) okazał się nieźle leżeć nawet przy moim skromnym wzroście.
Na lewym rękawie znajduje się panel na naszywki, co pozwala na personalizację produktu. Panel jest prostokątny, a nasze klubowe patche są okrągłe, więc na ten moment z niego nie korzystam, ale rzep trzyma mocno i na pewno w przyszłości to wykorzystam. Uważam, że to bardzo ciekawy sposób na umożliwienie użytkownikowi dodanie do odzieży własnego akcentu, który w dodatku można łatwo i tanio zmienić (lub usunąć) w razie potrzeby.
Materiał ma skład 80% wełny merino i 20% poliestru. Producent podaje gramaturę 180 g/m², czyli nie jest to najcieńsza możliwa koszulka na obecne upały, ale mimo wszystko daje rade. Niemniej jednak została zaprojektowana raczej jako solidniejsza warstwa bazowa do aktywnego używania i w tej właśnie roli sprawdza się najlepiej. Oczywiście można używać jej uniwersalnie: samodzielnie w cieplejszy dzień, pod bluzę lub kurtkę w chłodniejszych warunkach, a także jako wygodną koszulkę wyjazdową, kiedy nie chcemy/nie mamy możliwości po jednym użyciu wrzucać odzieży od razu do prania.
Rozmiar i krój – zaskakująco dobrze
Dość sporym zaskoczeniem było dla mnie dopasowanie. Koszulka jest opisywana jako męska i projektowana raczej z myślą o osobach wyższych, ale rozmiar S okazał się na mnie po prostu dobry. Przy 156 cm wzrostu obawiałam się zbyt szerokiego kroju, nadmiaru materiału albo długości, która będzie bardziej przypominać tunikę niż koszulkę techniczną. Z tego powodu zdecydowałam się też zresztą na wersję z krótkim rękawem.
Krój faktycznie jest dopasowany, ale koszulka dobrze układa się na normalnej sylwetce, nie krępuje ruchów i nie sprawia wrażenia, jakby została zaprojektowana wyłącznie z myślą o bardzo wysokich osobach. Na długość oczywiście sięga mi do połowy spodenek, ale nie wygląda to źle, a jednocześnie nie odsłania pleców przy schylaniu się.
Płaskie szwy to jeden z tych elementów, które brzmią mało ekscytująco, dopóki nie spędzimy kilku godzin z plecakiem. W testowanym egzemplarzu nie miałam problemu z obcieraniem ani „gryzieniem” materiału. Nie zauważyłam też na razie, żeby szkodziło mu tarcie o szelki plecaka. To zapewne zasługa dodatku poliestru…
Rozmiar S okazał się dobrze dopasowany także przy niskim wzroście i kobiecej sylwetce, mimo że krój jest teoretycznie męski. Długość koszulki jest praktyczna – nie odsłania pleców przy schylaniu się, ale też nie jest przesadzona.
Varusteleka L1 – Merino, ale nie do końca
Najciekawszy w tym produkcie jest materiał. Producent świadomie wybrał kompromis między oddychalnością a wytrzymałością. Poliester został dodany po to, żeby zwiększyć odporność koszulki na ścieranie. Ma to sens – sama wełna merino, zwłaszcza cieńsza, bywa delikatna, a koszulka używana w outdoorze nie ma łatwego życia. Pracuje pod plecakiem, pod pasami, czasem pod kurtką, często jest zwijana, przepychana w plecaku i prana nie zawsze w idealnych warunkach.
Niewątpliwie ta wzmocniona wytrzymałość jest zaletą, ale w dotyku ten dodatek jest niestety wyczuwalny. Nie jest to do końca nieprzyjemny plastikowy dotyk typowej koszulki syntetycznej, ale przy skórze czuć, że nie mamy do czynienia ze stuprocentowym merino. Materiał jest trochę mniej „miękki” i naturalny w odbiorze. Nie drażni, ale jeśli ktoś zna i lubi 100% merino, to różnicę prawdopodobnie zauważy.
Podobnie jest z oddychalnością. Podczas szybkiego marszu w słońcu, przy temperaturze bliżej 30°C, wyraźnie czuć pot na plecach, nawet jeśli akurat nie niesiemy plecaka. Oczywiście mniej niż w bawełnie, bo koszulka nie robi się ciężka i nasiąknięta, ale bardziej niż w koszulkach ze 100% merino. Coś za coś. Dostajemy potencjalnie większą trwałość, ale trochę tracimy z tej przyjemnej, naturalnej regulacji, za którą wiele osób kocha merino.
Nie oznacza to, że koszulka radzi sobie źle. Po prostu nie jest cudownym rozwiązaniem na wszystko. W temperaturach 20–30°C, zwłaszcza przy szybkim marszu w słońcu, żaden materiał nie spowoduje, że nie będziemy się pocić. W przeciwieństwie do moich 100% merino, nie będę też w niej spać. Za to pod plecak albo na zawody na orientację będzie raczej moim pierwszym wyborem, ze względu na swoją wytrzymałość.
W szybkim marszu i słońcu koszulka radzi sobie lepiej niż bawełna, ale gorzej niż 100% merino.
Mimo potu koszulka nie złapała brzydkiego zapachu. To jedna z najważniejszych przewag merino nad innymi materiałami i tutaj dodatek poliestru jej nie zaszkodził. Po aktywności materiał był lekko wilgotny, ale nie miał tego nieprzyjemnego „sportowego” zapachu, który potrafi zostać w syntetycznych koszulkach nawet po praniu i z czasem zaczyna żyć własnym życiem.
To duża zaleta w warunkach wyjazdowych. Na zawodach, w podróży czy podczas kilkudniowego wypadu często nie mamy komfortu codziennego prania i suszenia wszystkiego w idealnych warunkach. Możliwość przewietrzenia koszulki i użycia jej ponownie jest nie do przecenienia.
Mam ją od niedawna, ale do tej pory nie zauważyłam, żeby pranie w jakikolwiek sposób jej zaszkodziło. Nie straciła kształtu, nie zbiegła się, nie pojawiły się dziury. Natomiast trzeba przyznać, że szybko się gniecie. Osobiście nie jestem fanem prasowania więc lubię, jak rzeczy po wyschnięciu na wieszaku w miarę nadają się do założenia, przynajmniej te których często używam.
Po szybkim przepraniu i rozwieszeniu koszulki w terenie widać zagniecenia, ale nie wpływa to na komfort użytkowania.
Czy poliester ma sens?
Od początku zastanawiało mnie, po co dodawać poliester do merino? Teraz już wiem, że dla trwałości. Merino jest świetne użytkowo, ale mechanicznie daleko mu do niezniszczalności. Poliester ma zwiększyć odporność na ścieranie i wydłużyć życie koszulki, zwłaszcza jeśli używamy jej aktywnie, z plecakiem, czy w zmiennych warunkach.
Tylko że użytkownik odczuwa nie tylko trwałość, ale też komfort. A tu kompromis jest wyraźny. W porównaniu z bawełną koszulka wypada zdecydowanie lepiej: mniej chłonie pot, nie robi się tak ciężka, nie śmierdzi po jednym użyciu i szybciej wraca do stanu używalności. W porównaniu ze 100% merino przegrywa jednak odczuciem na skórze i zachowaniem w cieple. Jest odrobinę bardziej techniczna, odrobinę mniej naturalna.
Czy to wada? To zależy od oczekiwań. Jeśli ktoś szuka bardzo przyjemnej koszulki z merino do spokojnych aktywności, podróży i codziennego noszenia, prawdopodobnie wybrałabym 100% merino. Jeśli jednak koszulka ma być używana intensywniej, pod plecakiem, częściej prana i mniej oszczędzana, dodatek poliestru zdecydowanie ma sens.
Dzięki płaskim szwom, w kontakcie z plecakiem koszulka nie powoduje obtarć. Jednocześnie sama wydaje się odporna na tarcie pod pasami.
W terenie: kiedy tak, kiedy nie?
Po testach w ciepłych warunkach nie traktowałabym tej koszulki jako mojego pierwszego wyboru na szybki marsz w pełnym słońcu. Przy temperaturze bliższej 30°C i intensywnym tempie była dla mnie za ciepła. Oczywiście merino potrafi być użyteczne także latem – szczególnie wtedy, kiedy zależy nam na ograniczeniu zapachu, wygodzie w podróży i sensownym komforcie noszenia. Ale jeśli głównym kryterium jest maksymalna przewiewność, to nie ten produkt.
Dużo lepiej widzę ją w temperaturach umiarkowanych: wiosną, jesienią, w chłodniejsze letnie dni, rano przed startem, wieczorem po zejściu z trasy, podczas pracy przy zawodach albo jako koszulkę na wyjazd, gdzie jedna rzecz ma obsłużyć kilka różnych sytuacji. Wtedy jej zalety – odporność na zapach, dopasowany krój, praktyczna długość, większa trwałość – mają dla mnie większe znaczenie.
W orienteeringu, zwłaszcza marszowym, tempo bywa zmienne. Idziemy, zatrzymujemy się, analizujemy mapę, znowu przyspieszamy, czasem stoimy dłużej na punkcie albo w centrum zawodów. W takich warunkach dobra koszulka jest ważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Varusteleka L1 T-shirt ma potencjał, żeby się w tym odnaleźć.
Średnie temperatury, marsze, biwaki, wyjazdy i aktywności o umiarkowanym tempie – tam L1 sprawdzi się dobrze.
Najbardziej doceniam to, że koszulka jest praktyczna. Dobrze leży mimo teoretycznie męskiego kroju, nie gryzie, nie przeszkadza w ruchu i nie łapie brzydkiego zapachu po spoceniu. Rozmiar S okazał się trafiony nawet przy niskim wzroście, co nie zawsze jest oczywiste przy odzieży projektowanej na wyższe sylwetki.
Na plus zapisuję też ogólną prostotę kroju, płaskie szwy i praktyczną długość. To nie są elementy, które robią efekt „wow” po wyjęciu z paczki, ale później wpływają na to, czy koszulka po godzinie zaczyna irytować, czy po prostu o niej zapominamy. Lubię też rzep na rękawie. Nie przeszkadza jeśli nie chcemy z niego korzystać, ale daje też taką możliwość.
No i wspomniana wcześniej trwałość. Oczywiście to, czy dodatek poliestru faktycznie przełoży się na większą żywotność, wymaga jeszcze dłuższego testu, ale rokowania są obiecujące.
Minusem jest to, że materiał nie daje takiego komfortu jak 100% merino. Jest przyjemniejszy niż typowy syntetyk i zdecydowanie lepszy niż bawełna pod kątem aktywności, ale poliester jest wyczuwalny. Przy skórze czuć, że to mieszanka, a nie czysta wełna.
Dla kogo jest Varusteleka L1?
Varusteleka L1 T-shirt będzie dobrym wyborem dla osób, które szukają koszulki z merino bardziej terenowej niż delikatnej. Dla tych, którzy chcą korzystać z zalet wełny, ale obawiają się, że czyste merino zbyt szybko ucierpi pod plecakiem albo przy intensywniejszym użytkowaniu.
Sprawdzi się na chłodniejsze treningi, marsze, biwaki, wyjazdy outdoorowe, pracę przy zawodach i aktywności, podczas których nie chcemy po jednym użyciu wrzucać koszulki od razu do prania.
Nie polecałabym jej natomiast jako pierwszego wyboru na upały, szybki marsz w pełnym słońcu czy do spania. W takich warunkach lepiej sprawdzi się coś cieńszego, lżejszego albo bardziej przewiewnego. Nie jest to też produkt dla osób, które szukają maksymalnie miękkiego, naturalnego dotyku czystego merino.
Odporność na uszkodzenia mechaniczne to zdecydowanie zaleta tego T-shirtu.
Podsumowanie
Varusteleka L1 T-shirt to koszulka stworzona z bardzo ciekawym założeniem, aby połączyć zalety merino z większą odpornością na terenowe użytkowanie. W dużej mierze się to udało. Produkt jest wygodny, dobrze skrojony, nie łapie brzydkiego zapachu i mimo teoretycznie męskiej rozmiarówki dobrze leży także na kobiecej sylwetce.
Jednocześnie kompromis jest wyczuwalny. Dodatek poliestru poprawia trwałość, ale wpływa na odczucie materiału i komfort noszenia w cieple. Koszulka wypada zdecydowanie lepiej niż bawełna, ale nie daje tak przyjemnego efektu jak 100% merino.
Czy warto? Tak, jeśli szukamy wytrzymałej, praktycznej koszulki z merino na umiarkowane warunki, zwłaszcza pod plecak i do częstego używania.
Dziękujemy Varusteleka Polska za przekazanie koszulki L1 do testów. Koszulka dostępna jest w cenie 188 zł.
Współpraca reklamowa. Testy produktów prowadzimy niezależnie, opinie są wyłączną oceną autorki lub autora. Reklamodawca nie ma możliwości ingerencji w treść recenzji
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.