Chodźmy na spacer!
Luty 2021. W Warszawie wyjątkowo pojawił się mróz i to całkiem konkretny – słupek rtęci spadł w okolice -10. Oczywiście, śniegu brak, a szkoda – o ile samego zimna szczerze nie znoszę, tak ten biały puch przykrywający ziemię ma w sobie coś wyciszającego, pięknego, wręcz magicznego. Chciałam śniegu!
Dość szybko przydarzyła się okazja – mój przyjaciel zapowiedział przyjazd do stolicy. Ustaliliśmy więc bardzo prosty plan – kończymy pracę w piątek szybciej, pakujemy się w auto i jedziemy na północ, aż zobaczymy śnieg. Wówczas krótki spacer i do domu.
Nie jest niczym zaskakującym, że już na starcie pojawiły się pierwsze trudności. Ani nie skończyliśmy pracy szybciej, ani nie spakowaliśmy się jakoś z sensem. Cudem wymarudziłam, by przyjaciel wziął ze sobą jakieś zapasowe ubrania – „no bo po co?”.
Ruszyliśmy w kierunku Krainy Wielkich Jezior Mazurskich dopiero około 18, tak że było już całkowicie ciemno. Śnieg pojawił się dość szybko, znalazłam więc na mapie pierwsze jezioro i skierowaliśmy się w jego stronę. Dojechaliśmy, zaparkowaliśmy i pora w las. Wzięliśmy więc plecaki, wodę, graty na ognisko i ruszyliśmy na wyprawę dookoła jeziora. Samochód pokazywał -15 na termometrze.
Mimo że działo się to dobrych kilka lat temu, a w pewnym wieku pamięć już nie jest idealna, to po dziś pamiętam jak było pięknie. Las pokryty był białym puchem, miejscami po kolana, wszystko wokół się delikatnie iskrzyło, nawet powietrze. Szłam wąską ścieżką obok jeziora, zachwycając się pięknem przyrody i delikatnie migoczącym światem. Przystawałam co chwilę, próbując analizować tropy zwierząt, podziwiałam zamarzniętą taflę wody. Nawet zimno mi nie przeszkadzało. Wydeptane ścieżki prowadziły przez środek jeziora, jednak rozsądnie zrezygnowaliśmy z wchodzenia na lód – nie mieliśmy ochoty na kąpiel.
Swoją drogą, wiecie, że camelbacki przy takiej pogodzie się nie sprawdzają? Niby oczywiste, ale jakoś człowiek nie pomyślał, pakując się na szybko.
Po kilku godzinach spaceru, gdy zaczęłam już marznąć, uznaliśmy, że pora na posiłek – rozpalamy ognisko! Nie muszę wspominać, że oboje nie mieliśmy większego doświadczenia z rozpalaniem ognia w takich warunkach. Znaleźliśmy polankę, rozgarnęliśmy butami śnieg, zebraliśmy gałązki i zaczęliśmy próbować. Szło nam… średnio. Delikatnie ujmując. Drewno wokół było mokre, rozpałki oczywiście nie wzięliśmy. W końcu chyba cudem, z dużą pomocą kory brzozy (mój pomysł!), coś ruszyło. Herbatka zrobiona, kiełbaski upieczone, jednak cała procedura trwała na tyle długo, że już niemal zamarzałam. Ciepły napój i posiłek dużo nie pomógł. Decyzja mogła więc być jedna – wracamy do auta możliwie najkrótszą drogą.
Czas na kąpiel
Przyjaciel prowadził, ja byłam kilka metrów za nim. Zboczyliśmy z głównej ścieżki i szliśmy po prostu przez las, po jakichś zwierzęcych tropach. Wokół śnieg, bezlistne krzewy, drzewa – wyglądało jak zwykły, nudny las.
Aż tu nagle… chlup. Pod moim przewodnikiem złamał się lód (jaki lód, skąd?!) i wylądował on aż po pachy w wodzie. Od razu zrobiło mi się ciepło. Odrzucił mi telefon (ah, te priorytety) i krzyczał, bym się odsunęła. Odruchowo położyłam się na śniegu by rozłożyć swój ciężar ciała i rozglądałam się, co mogłabym mu podać. On zaś walczył. Pierwsza próba wyjścia z wody – lód się złamał. Druga – to samo. Dopiero za trzecim razem udało mu się wyczołgać na śnieg.
Szybka analiza sytuacji. Byliśmy mniej więcej pół godziny marszu od auta, w lesie, daleko od cywilizacji. Ogniska nie rozpalimy odpowiednio szybko, domów w okolicy brak, a zanim dojedzie pomoc to już zdążymy dojść. Znaleźliśmy więc na mapie najbliższą drogę by znowu nie ryzykować i ruszyliśmy, szybko. Niemalże biegiem. On skupiał się na przetrwaniu, ja kontrolowałam, czy żyje i wymyślałam alternatywne scenariusze, wypatrując cywilizacji. Na szczęście – dotarliśmy do auta… które ktoś zostawił na włączonych światłach. Na szczęście – odpaliło.
Pomogłam mu zdjąć te mokre, w sumie już zamarznięte ubrania, potem założyć suche (które wziął tylko dzięki mnie), wrzuciłam je do bagażnika i oboje wskoczyliśmy do auta. Po chwili przyjaciel rozgrzał się na tyle, że uznał, że da radę prowadzić. No dobrze, jesteśmy w lesie, w najgorszym razie wylądujemy na drzewie. Skierowaliśmy się w stronę pierwszej stacji benzynowej, licząc na to, że mimo środka drugiej fali pandemii i ograniczeń uda nam się coś wybłagać.
Pierwsza stacja okazała się być bardziej nocnym niż stacją, pojechaliśmy dalej.
Druga była już lepszym trafem. Po opowiedzeniu historii udało się wyprosić od miłej sprzedawczyni gorący napój oraz worek na śmieci, gdyż jego ekwipunek zaczął się już roztapiać. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy w trasę do domu. Niedoszły topielec rozgrzał się już całkowicie, po wejściu do auta podsumował naszą przygodę krótkim „ja chcę jeszcze raz!”.
No dobra, ale co tak naprawdę się stało?
Przez długi czas nic z tego nie rozumiałam. Skąd tak głęboka woda w normalnym lesie? Dlaczego lód pękł, mimo że ludzie przechadzali się przez środek pobliskiego jeziora bez konsekwencji?
Tutaj pomógł Internet, gdzie zasugerowano mi, że mogliśmy trafić na bagno. Rosną tam przecież drzewa, krzewy, śnieg wszystko ukrył, a ponieważ bagno ma wyższą temperaturę niż zwykła woda w jeziorze, lód nie wytrzymał.
Mieliśmy więc i sporo pecha, i sporo szczęścia. Z jednej strony – taka kąpiel nie była nawet dla niego przyjemna. Z drugiej zaś – jakbym to ja szła pierwsza to mielibyśmy znacznie poważniejsze problemy – nie dałabym rady dojść do auta.
Popełniliśmy też kilka błędów:
- Wycieczka przez obcy las nocą, w śniegu, nie jest zbyt mądrym posunięciem. Nie sprawdziliśmy trasy, szliśmy po prostu najkrótszą drogą, ignorując ludzkie ścieżki, nie daliśmy też nikomu znać, gdzie jedziemy.
- Brak backupu. Mieliśmy co prawda ubrania na zapas, jednak o butach ktoś już zapomniał. Nie wzięliśmy też żadnego termosu ani chociaż ogrzewaczy chemicznych.
- O pozostawionych światłach w aucie już lepiej nie wspominam, ale to akurat nie jest moja wina.
Mogłabym napisać tutaj także o kolcach lodowych – w końcu służą od tego, by ułatwić wyjście z wody. Jednak my nawet nie wiedzieliśmy, że idziemy po lodzie, ba – my nawet nie planowaliśmy chodzić po lodzie.
Zastanawiałam się także, czy mogliśmy sami rozpoznać, że jest to las bagienny i szczerze – nie wydaje mi się, Zima, śnieg, noc, kiepskie oświetlenie – rozpoznanie gatunków otaczających nas drzew nie byłoby zbyt proste.
Mogłabym napisać, że ta wycieczka nauczyła mnie ostrożności i już nigdy nie wylądowałam w wodzie ukrytej pod śniegiem ale, nie byłaby to pełna prawda. Lecz o tym w kolejnej części.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.