Miastowi widzą śnieg!
Kilka dni temu spadł w Warszawie śnieg, co więcej – nie stopniał on następnego dnia! Trzeba więc wykorzystać okazję i ruszyć się na spacer. Tym razem wybrałam jedną z pętli w okolicy stolicy, które wcześniej przygotował mi Towarzysz Podróży – 10 km w miejscu, gdzie można dojechać komunikacją zbiorową. Co prawda, mam auto, mam jednak traumę po zeszłorocznym spacerze (swoją drogą, w tym samym miejscu) gdzie ja próbuję hamować a mój brumek ma to totalnie gdzieś.
Miastowi tworzą plany!
Plan był prosty. Trasa zgrana na zegarek, plecak porządnie spakowany (śnieżna masakra w Izerach czegoś mnie jednak nauczyła), dwójka przyjaciół wyciągnięta z domów, ruszamy! Jak zawsze – skoro świt czyli po treningu na siłowni o 15. Nie można przecież odwołać treningu, prawda?
Raczki? Wzięłam. Myślałam, że będę je nosić w plecaku ale bardzo się sprawdziły.
Stuptuty? Wzięłam. Myślałam, że przesadziłam, ale skąd.
Zapasowa kurtka? Była.
Zapasowy płaszczyk? Był.
Zapasowe rękawiczki, czapka, komin tak, by w razie czego móc jeszcze się dogrzać? Także wzięte!
Zapas ogrzewczy? Oczywiście!
Do tego kijki, powerbanki, czołówki, woda, mieliśmy nawet kuchenkę i herbatkę.
Tak, to wszystko na 10 kilometrów spacerów.
Miastowi liczą kilometry!
Wspominałam, że w planie było zrobienie pętli 10 km? No, to trochę matematyka mnie zawiodła.
Według mapy.com (kiedyś mapy.cz) ta trasa ma 11,5 km i powinna zająć 3h (tutaj drobne wtrącenie od Towarzysza Podróży – apka przelicza czas według prędkości którą można samodzielnie ustawić, jeśli więc chodzimy szybciej / wolniej to potrafi to uwzględnić).
Ale. Od punktu startu. Do którego trzeba dojść od stacji 1,5 km w jedną stronę. Zakładając, że nie zgubi się trasy.
Do stacji trzeba też dojść – kolejne 1,5km. Oczywiście, razy dwa.
W efekcie zamiast ‘spacer 10 km’ wybraliśmy się na ‘spacer 17,5 km. 18, wliczając pomyłki na trasie. Drobna różnica, prawda?
Można pomyśleć ‘ale w czym problem, to tylko 18 km’. Tak. W normalnych warunkach. Przejdźmy więc do tych warunków…
Miastowi oceniają pogodę!
Pogoda jaka jest, każdy widzi! Prawda? Otóż – niekoniecznie. Przygotowując się do spaceru oceniłam warunki panujące w mieście, obok mnie. Śnieg był, całkiem sporo (oczywiście, jak na Warszawę), ale spokojnie da się chodzić.
I tu był mój błąd.
Kto by pomyślał, że ilość śniegu w mieście będącym jednak wyspą ciepła może nie być dobrym wyznacznikiem. Że kawałek za miastem, w lesie a już zwłaszcza na otwartym terenie – może być trochę więcej białego puchu. Dużo trochę. Jednak – po kolei.
Gdy wysiedliśmy z pociągu od razu zauważyliśmy, że będzie ciekawie. Zaczął padać śnieg. Uliczki, którymi próbowaliśmy dotrzeć do lasu – nie były odśnieżone. W ogóle. Już w tym miejscu moje raczki okazały się być niezastąpione. Początkowo trasa wyglądała dobrze – ten fragment był dość popularny, także był całkiem nieźle wydeptany. Jednak – do czasu.
Po krótkim spacerze objawiły się nam umiejętności Towarzysza Podróży – zamiast wysłać nas prostą trasą to mieliśmy przed sobą slalom – w prawo, w lewo, w prawo, znowu w prawo, teraz w lewo – ale to drugie lewo! O ile latem nie jest to duże utrudnienie, bo ścieżki po prostu widać, tak zimą, pod grubą warstwą śniegu, jeszcze wieczorem – zaczyna robić się ciekawie. Nie zliczę, ile razy pomyliliśmy trasę mimo kierowania się zegarkiem.
Miastowi walczą ze śniegiem!
Właśnie, śnieg. Jak wcześniej wspomniałam – śniegu było trochę więcej niż się spodziewaliśmy. O ile na głównych ścieżkach nie stanowiło to problemu, bo były dość mocno wydeptane, tak na tych mniejszych ścieżkach było ciekawie. W niektórych miejscach nie wiedzieliśmy gdzie iść – bo bez śladów nie było widać ścieżki.
Najciekawiej było jednak na jednej ścieżce położonej przy dużej polanie na granicy lasu. W tym miejscu śniegu było dużo. Na tyle dużo, że zamiast wygodnego spaceru mieliśmy przedzieranie się przez śnieg, często do połowy łydki. Brzmi prosto? Na kilka metrów owszem. Przy kilkuset metrach człowiek zwyczajnie się męczy – widać to idealnie na wykresach mojego tętna, tu sięgnęło 155 (gdzie przy 160 doceniam walory podłogi).
Biała sceneria miała także plusy, których się nie spodziewałam. Było… jasno. Mimo, że spacerowaliśmy do około 19 po lesie, czyli już po zachodzie słońca który teraz ma miejsce przed 16, to nie potrzebowaliśmy w ogóle latarek. Użyliśmy ich kilkakrotnie do oceny ‘gdzie teraz’, lecz poza tym śnieg pozwalał na bardzo komfortowy marsz.
Miastowi wygrali! Ale zapłacili cenę.
Oczywiście, trochę śniegu nie mogło nas pokonać. Ani tego na ziemi, ani padającego z nieba. Kilka dzików, jakie spotkaliśmy pod koniec spaceru – także nie. Po 5h spaceru (przypominam – mapy.com pisały o 3h) i motywacyjnych hotdogach w drodze – dotarliśmy do stacji.
Przyszedł więc czas na ocenę strat w ludziach.
Ja: strój dał radę (mimo wielokrotnych modyfikacji w czasie spaceru), poddały się plecy oraz kolana. Minęło kilka dni od spaceru a nadal mam wrażenie, że te ostatnie wygną mi się zaraz w drugą stronę. Do kompletu kostka ma dość, ale działa.
Człowiek 1: Kręgosłup umarł. Umarł na tyle, że jego właściciel próbował go ogarnąć leżąc na śniegu na peronie. Podejrzewam, że problemem mógł być ’bushcraftowy’ plecak bez usztywnienia czy porządnego pasa biodrowego do którego randomowo wrzucono ciężkie rzeczy, ale ja się nie znam.
Człowiek 2: Kolano.
Cóż, można było się tego spodziewać. Wiek 30+ niesie ze sobą szereg nieprzyjemnych konsekwencji.
Czy warto było szaleć tak…
Oczywiście! Mogliśmy wybrać się na spacer wokół bloku, pobliskiego parku czy nawet nad Wisłę, ale wtedy nie miałabym o czym pisać. Czy było miejscami ciężko? Tak. Czy wielokrotnie kwestionowałam swoje wybory życiowe? Oczywiście, każdorazowo gdy wstaję z kanapy. Czy żałujemy? Absolutnie nie. Mimo konsekwencji, które same zaraz się naprawią – satysfakcja pozostaje. Oraz oczywiście dobry trening.
Byłoby łatwiej, jakbym zjadła porządne śniadanie i nie wykończyła się na siłowni, ale to szczegóły.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.