Przeszliśmy szybki instruktaż jak zmieniać biegi i zablokować napędy w trudniejszych miejscach trasy. Miałem ogromną ochotę przejechać cały park dookoła, ale już na miejscu dowiedzieliśmy się, że cała trasa ma ponad 100 mil i na przejechanie jej potrzebne są 2-3 pełne dni. Samochód musieliśmy zwrócić do godziny 18:00. Co więcej, żeby udać się w głąb parku, trzeba było się zgłosić u Strażnika Parku i wypełnić dokumenty. Tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba nas było szukać. Tu niestety straciliśmy dwie godziny, bo musieliśmy nadłożyć kilometrów, żeby dostać zgodę na dalszą jazdę w biurze parku.
Nasza przygoda offroadem Canyonlands zaczęła się na słynnej Potash Road prowadzącej w stronę serca parku. Był jeszcze poranek, ale pustynne słońce już zaczynało podgrzewać czerwone skały wokół Moab. Za nami zostały spokojne ulice miasteczka i turyści z kawą w dłoniach. Przed nami – kurz, przepaście i jedna z najbardziej widowiskowych tras terenowych w całym Utah.
Potash Road początkowo wydaje się niepozorna. Droga biegnie wzdłuż rzeki Kolorado, pomiędzy pionowymi ścianami kanionu. Co chwilę mijaliśmy dziwaczne formacje skalne, stare petroglify Indian i samotnych wspinaczy wyglądających jak małe punkty przyklejone do ogromnych ścian. Jeep podskakiwał na nierównościach. Gdy skończył się asfalt nie dało się już jechać szybko. Ale właśnie o to chodzi w Canyonlands. To nie jest miejsce sterylne i wygodne. To surowy, pustynny, amerykański klimat.
Im dalej jechaliśmy, tym bardziej krajobraz robił się nierealny. Ogromne czerwone klify wyglądały jak dekoracje do westernu albo filmu science fiction. W pewnym momencie droga zaczęła się zwężać, a przed nami pojawiły się pierwsze trudniejsze odcinki skalne. Trzeba było skorzystać z reduktora, Jeep powoli wspinał się po kamieniach, a metalowe zawieszenie pracowało jak szalone. Zatrzymywaliśmy się dosłownie co kawałek, żeby zrobić zdjęcia.
Po kilku godzinach dotarliśmy w okolice słynnej Airport Tower – monumentalnej skalnej wieży wyrastającej samotnie z pustyni. Z bliska wygląda jeszcze bardziej absurdalnie niż na zdjęciach. Gigantyczny kamienny filar sterczący pośrodku pustkowia przypominał bardziej startującą rakietę niż twór natury. Wokół panowała kompletna cisza. Żadnych miast, żadnych linii energetycznych, żadnych dźwięków cywilizacji. Tylko wiatr, rozgrzane skały i pustynia ciągnąca się aż po horyzont.
Zatrzymaliśmy się na chwilę. Było bardzo ciepło jak na marzec. Czerwony, skalny pył osiadł na całym samochodzie. Było cudownie. Canyonlands ma w sobie coś hipnotyzującego. Człowiek czuje się tam jednocześnie wolny i kompletnie maleńki wobec ogromu krajobrazu.
Powrót prowadził legendarną Shafer Trail – jedną z najbardziej znanych dróg terenowych w Ameryce. Z dołu wygląda ona jak cienka nitka przyklejona do pionowej ściany kanionu. Serpentyny wspinają się setki metrów w górę, a z wielu miejsc nie widać praktycznie żadnych zabezpieczeń. To droga, która na zdjęciach wygląda groźnie. W rzeczywistości jest jeszcze bardziej szalona, ale przygotowana tak, żeby dało się ją bezpiecznie pokonać. Zrobiliśmy to dwa razy! Pierwszy raz wjechaliśmy na górę po pozwolenie na jazdę w stronę Airport Tower.
Jeep mozolnie piął się kolejnymi zakrętami. Po jednej stronie pionowa skała, po drugiej ogromna przepaść opadająca w stronę pustyni. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia. Widoki były absolutnie kosmiczne. Z góry można było dostrzec wijącą się daleko w dole Potash Road, ślady po dawnych rzekach i gigantyczne płaskowyże ciągnące się aż po horyzont Utah.
Po powrocie do Hotelu sprawdziliśmy mapę, gdzie dokładnie dojechaliśmy. Okazało się, że nie przejechaliśmy nawet 1/3 trasy. Pokonaliśmy zaledwie 30 mil ze 100 milowego odcinka. To pokazało jaki ten park jest ogromny. Stojąc na szczycie punktu obserwacyjnego Grand View Point widziałem drogę, która wije się wokół parku i byłem przekonany, że bez problemu dojedziemy w okolice tego miejsca. Myliłem się. Dopiero przemierzając trasę samochodem terenowym można zrozumieć jak wielki to teren. Patrząc w górę widzieliśmy tylko skały. Skały, które były 600 metrów nad nami.
Po wycieczce do Canyonlands zostało nam umycie samochodu i zwrócenie go do wypożyczalni. Tam jeszcze chwilę porozmawialiśmy z pracownikami o wrażeniach z naszej wyprawy. Ale bardzo zastanawiało mnie, co by było gdyby coś się stało z samochodem. W trakcie 8h jazdy na trasie spotkaliśmy kilka, może kilkanaście samochodów, ale im dalej byliśmy, tym było ich mniej. W takiej sytuacji trzeba po prostu czekać na pomoc. Nie ma tam zasięgu GSM. Ktoś, kto nas minie musi po prostu dojechać albo do budynków parku na górze, albo do Moab, żeby powiadomić firmę lub służby ratunkowe o zdarzeniu.
Canyonlands nie daje się tylko oglądać. To miejsce trzeba poczuć pod kołami Jeepa, w chmurze pustynnego pyłu i na krawędzi serpentyn Shafer Trail. Dopiero wtedy człowiek rozumie, dlaczego Utah dla wielu podróżników staje się obsesją.












































Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.